wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

startujemy
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 4098 razy.

Wpisany przez Kamil Kowalski   
piątek, 28 kwietnia 2006 17:25

   A więc już postanowione – lecę do Japonii. Będę tam na zaproszenie swoich partnerów w interesach, którzy fundują mi tę wyprawę. Trochę ona kosztuje ale nie demonizowałbym sprawy pieniędzy. Mój syn, Maciej, był w ubiegłym roku ponad dwa miesiące w Indiach z grupą studentów.

    W tym roku ponownie tam się wybiera w sierpniu. Od nas, rodziców, nie dostaje praktycznie ani grosza.  Pracując już kilka miesięcy w „Zielonym Mazowszu" prowadząc schronisko. Dorabia też łapiąc inne dorywcze zajęcia.
Można by powiedzieć – poleciałem bo ma kasę. Nie każdego na to stać na taki wyjazd. Zawsze buntowałem się przeciwko takim opiniom. W wielu rejonach świata spotykałem wielu globtroterów, dla których pasją było podróżowanie.  

    Zamiast kupować telewizory, drogie samochody, dywany, ciułali każdy grosz po to aby raz lub dwa razy w roku pojechać gdzieś hen przed siebie. Do życia wystarczy im jakiś kąt i wiązka słomy. Dlatego jeśli ktoś mi mówi, że nie stać go na zagraniczne wyjazdy, patrzę na niego z pewnym politowaniem – jesteś człowiekiem bardzo ubogi ale duchem. Możesz, owszem, życie spędzić z piwkiem przed telewizorem marząc o pięknej furze, bo komórkę już pewnie masz…
A wracając do Japonii to poza sezonem bilet do tego kraju można już z dużym wyprzedzeniem kupić za 500 dolarów. A i tam na miejscu, chociaż Japonia to jeden z najdroższych krajów świata, można też sobie jakoś poradzić. Wyjechało tam sporo Polaków. Na miejscowych uczelniach są polonistyczne wydziały. Wystarczy poszukać kontaktu.

   Nie liczyłem na wiele. Z zaplanowanych dziewięciu dni chciałem się urwać na dzień lub dwa. Większa liczba dni nieobecności mogłaby zostać źle przyjęta przez moich sponsorów. Ot spotkam się z dwoma, może trzema hodowcami i to wszystko...

  Ale i do tych dwóch spotkań należało się jakoś przygotować. Poprosiłem o kontakt moich dwóch przyjaciół Niemców, Kurta Michela i Manfreda Bartla wielokrotnie odwiedzających Japonię. Mitchel zarekomendował mnie u Pana Imamury, którego poprosiłem o umożliwienie mi kontaktu z tamtejszymi hodowcami. Zgodził się chętnie. Chociaż nie miałem okazji poznać go osobiście (mieszka na odległym południu kraju) to jednak właśnie on bardzo dużo mi pomógł i był kimś w rodzaju „rozprowadzającego”. Z Imamurą kontaktowałem się już wcześniej, gdy przygotowywaliśmy w Wydawnictwie Zagroda numer specjalny o kurach czubatych. Napisał on wtedy krótki tekst o zupełnie mi nieznanej wtedy rasie jitoko. Tak naprawdę to Imamura dzwonił gdzie trzeba i poumawiał z lokalnymi hodowcami. Dostałem listę kilku nazwisk.

   Dlaczego tak długo się rozwodzę na temat tych międzynarodowych kontaktów? Z prostej przyczyny. W tym środowisku niewiele zdziała „człowiek znikąd”. Nie można pojechać sobie ot tak, do Niemiec, Holandii czy Japonii i kupić, na przykład, jakiegoś rozpłodowego wybitnego koguta. Na takiego koguta trzeba sobie bowiem zapracować. Należy pokazać, że samemu jest się kimś i nie wypadło się sroce spod ogona. Mam to szczęście, że moje kurki kilkakrotnie zdobywały w Niemczech i Holandii tytuły międzynarodowych championów. A poza tym okazywało się, że warto robić na dobrym poziomie pismo. Obecnie „Woliera” jest znakomicie postrzegana i otwiera praktycznie każde europejskie drzwi. Ciekawe czy po wizycie w Japonii otworzy także okno na świat? W pewnym momencie, po przekroczeniu pewnego magicznego progu nie muszę już kupować materiału zarodowego. Obecnie dostaję go za darmo. Zawsze jednak staram się stosować umiar w ilości. Jak wiadomo zachłanność ludzka nie zna granic i zawsze istnieje pokusa, że chciałoby się mieć coraz więcej i więcej...
  Ale wróćmy do samej Japonii. Pierwszy odpowiedział profesor Masaoki Tsudzuki z Uniwersytetu w Hiroszimie. Napisał on, że bardzo się cieszy z mojego przyjazdu i z zainteresowania japońskimi rasami kur.

Ot takie… uprzejmości.

Ale odpowiedział. I to już znaczyło bardzo wiele. Potem napisał krótki e-mailowy list fotograf  Tatematsu Mitsuyoshi. On również bardzo się cieszył z wizyty. A więc już było dwóch, którzy się cieszyli. Nie licząc oczywiście mnie cieszącego się najbardziej.

Poprawiony: poniedziałek, 04 sierpnia 2008 09:17