środa, 23 października 2019

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

koty, kury i kokcydioza
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 8943 razy.

Wpisany przez Kamil Kowalski   
niedziela, 20 sierpnia 2006 20:11

 

 Niestety mam problemy z kokcydiozą. W sumie bardzo „prymitywna” choroba i stosunkowa łatwa w zapobieganiu i leczeniu. Jak świadomy hodowca, a na dodatek wydawca „Woliery, wiedziałem gdzie mam się zgłosić po pomoc. Ale zanim uzyskałem potwierdzenie musiałem pokonać swoisty tor przeszkód.

  

   A było to tak.

   Na warszawskim Ursynowie przy SGGW znajduje się, ciesząca się coraz większą popularnością i renom± „Klinika Małych Zwierząt”. Niedawno skorzystałem z jej usług, gdy miałem kłopoty z papużką falistą. Pomoc okazała się fachowa i na wysokim poziomie. Sądziłem, że i tu zaopiekuję się moim kurczakiem minohiki.

   Recepcja kliniki

   - Chciałbym oddać na badanie kurczaka.

   - Kurczaka – bardzo sympatyczna pani była zaskoczona, widocznie kurczaki nie trafiają tu zbyt często - gdzie go Pan ma?

   - W torbie.

   - A co mu jest?

   - Raczej było. To zdechły kurczak.

   - Nie do nas w takim razie. My tu żywe zwierzęta leczymy...Gdyby pan miał kota to byśmy się nim zajęli. Żywego kota.

   - Żywego kota niestety nie mam. No to co mam z tym kurczakiem zrobić?

   - W sąsiednim budynku panu pomogą. Ale tam tylko przeprowadzają sekcje zwłok.

   - A co z ewentualnym badaniem bakteriologicznym – dziwię się. -Mam  wziąć zwłoki pod pachę i zanieść je w inne miejsce na badanie bakteriologiczne?

   - A może oni sami przewiozą dalej tego kurczaka?

   Kilka minut zajęło mi przejęcie do sąsiedniego budynku. Nie zauważam żadnej informacji gdzie tacy jak ja klienci mają w razie czego się udać. Na parterze spotykam portierkę.

   - Chciałbym oddać kurczaka na badanie…

   - Kurczaka?

   - Zdechłego, proszę Panią...

   - To proszę iść na drugie piętro do sekretariatu.

   A na drugim piętrze…

   - Mam kurczaka.

   - Jakiego znowu kurczaka, tu jest sekretariat wydziału. Proszę zejść na pierwsze piętro, tam jest takie okienko, zapuka pan i zostanie pan obsłużony.

   Schodzę na pierwsze piętro i widzę okienko, które zauważyłem idąc o góry.

   - Chciałbym oddać na badanie kurczaka.

   - Kurczaka?

   - Zdechłego, proszę Panią, dzisiaj rano mi zdechł, podejrzewam kokcydiozę.

    - Ale my nie przyjmujemy drobiu. Gdyby pan miał zdechłego kota, o, to wtedy byłoby co innego. Z chęcią byśmy go przyjęli.

   - Ale ja nie mam kota. Mam za to niestety kurczaka. I to zdechłego. To co mam z nim zrobić?

   - Na Ciszewskiego 8 jest w suterenie miejsce gdzie specjalizują się w ptakach.

    Pani w okienku jest naprawdę bardzo uprzejma i chętna mi pomóc w nieszczęściu. Tłumaczy, że mogę tam dojechać samochodem, ale można tam też dojść na piechotę, na skróty. Daje mi nawet karteczkę z wyrysowaną drogę przejścia w labiryncie uczelnianych budynków. Po kilkunastu minutach docieram pod właściwy adres. W podziemiach pani portierka pyta się  czym przychodzę? Gdy informuję j± jaki mam problem prosi aby poszedł do końca długim korytarzem. Niestety wracam. Bo aby wejść do laboratorium trzeba znać hasło. Pani portierki jednak nie ma. Jest za inna przypadkowo spotkana pani.

   - Niestety nie mam zdechłego kota – od razu ucinam wszelkie domysły i wątpliwości. – Przy okazji  powiem Pani, że kotów strasznie nie lubię. Taki jeden wiejski kot w ciągu jednego roku potrafi zamordować kilkaset ptaków. Dlatego mam zamiar kupić sobie wiatrówkę i urządzić polowanie na włóczące się koty w mojej okolicy. A jest ich bardzo dużo. Ocalę dzięki temu kilka tysięcy wróbli, pliszek i słowików.  A pani lubi koty?

   - Co Pan mi tu zawraca głowę jakimiś kotami – słyszę. – A nie szkoda będzie panu strzelać do takiego kotka. Co on jest winny, że ma taki instynkt?

   - We mnie też odezwał się instynkt. Myśliwego.

   - To co pan właściwie chce?

   - Pomocy. Nie mam kota – wyjaśniam - ale za to mam kurczaka. Zdechłego - zaznaczam. Chciałbym się dowiedzieć dlaczego padł?

   - Proszę iść tym korytarzem do końca i tam zadzwonić.

   Niestety jednak znowu wracam, bo nie zauważam małej tabliczki. Zapomniałem okularów.

   - Tabliczki taki nie widzi, a do kotów chce strzelać – dobija mnie moja przewodniczka.

   Jest tuż przed szesnastą gdy docieram w końcu we właściwe miejsce. Zostaję profesjonalnie i fachowo obsłużony przez dwie panie. Żałuję, że trafiłem tak późno bo gdybym tu trafił wcześniej to wyniki miałbym w ciągu kilku godzin. A tak kurczak minohiki trafi do lodówki.

   Następnego dnia dostaję telefon z potwierdzeniem mojej wstępnej diagnozy.

   To kokcydioza!!!

Poprawiony: poniedziałek, 29 grudnia 2008 20:08