środa, 02 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

dwa światy
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 7130 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
niedziela, 02 grudnia 2007 10:49

Kury Pawłowskie to wielkie oszustwo – jakiś czas temu dopadła mnie taka wiadomość. Komow wziął kochina i skrzyżował go z jakąś kurą czubatą, pewnie czubatką polską, może dołożył do tego brahmę i…ogłosił odtworzenie starodawnej rosyjskiej rasy.

Kim jest Wiaczesław Komow?

Wytropiłem go w Internecie. Przygotowywałem numer specjalny Woliery o kurach czubatych świata i natknąłem się na kurki pawłowskie na temat których Wiaczesław napisał i przetłumaczył na język angielski i rosyjski duży artykuł. Postawiłem wtedy tezę, że rasa ta była bardzo istotnym elementem w tworzeniu większość europejskich kur czubatych i uchodziła za legendarną pramatkę… A że wieś Pawłowo, od której wzięła się nazwa kurek leżała kiedyś na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej obojga narodów czyli Polski i Litwy, więc dochodził jeszcze do tej układanki ważny watek patriotyczny.

Do Sankt Petersburga poleciałem z żoną, Joanną, samolotem na całe pięć dni. Tamtejszy wrzesień przywitał nas bardzo chłodną chociaż słoneczną pogodą.  Przyjmowani byliśmy z prawdziwie słowiańską gościnnością. Zwiedziliśmy Ermitaż, Carskie Sioło, dużo spacerowaliśmy po przepięknej carskiej letniej stolicy. Oczywiście odwiedziliśmy też kilka razy posiadłość Wiaczesława oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów od centrum. Droga dziurawa jakiej nie znajdziesz nawet w Polsce. Obejście Wiaczesława jednak raczej schludne i zadbane. Na podwórku spalony samochód.

- A to co takiego? – zapytałem.

- Źli ludzie spalili…

Podczas gdy  Joanna, zaprzyjaźniała się z niezwykle pogodną, żywą i absorbującą wszystkich swoją osobą Palinką, jak ją nazwaliśmy, czytając jej piękne rosyjskie bajki,  ja miałem czas na długie rozmowy z Wiaczesławem. Odetchnęła też żona Komowa, Palinka bowiem potrafiła skutecznie zająć sobą pokaźne towarzystwo. Na dworze pachniało już rosyjskim chłodem, a myśmy gawędzili w zaciszu jego rodzinnego ciepłego domu.  Poczułem się znacznie lepiej gdy uświadomiłem sobie, że inni mogą mieć jeszcze gorszy od naszego klimat. W północnej Rosji upalne lata trwa kilka tygodni. Wiosny i jesienie są zazwyczaj krótkie, czego nie można powiedzieć o zimie. Podczas gdy w kwietniu okolicach niemieckiego Hanoweru kwitną kwiaty, u nas kończą topnieć śniegi, w Sankt Petersburgu potrafi przemrozić do minus dwudziestu stopni.

A same kurki pawłowskie? Uderzyło mnie w nich najbardziej to, że były niezwykle zwinne i żywotne. Złapać potrafił je jedynie Komow. Właściwe spotkać je było można w najmniej jak dla kury niezwykłych miejscach - na dachu kurnika, pośród gałęzi na pobliskich drzewach. We wrześniu 2005 roku, gdy go odwiedziłem biegało po podwórku, na oko, jakieś trzysta ptaków. Gospodarz przyznał, że wcześniej, kiedy zaczynał odtwarzać rasę bywało jeszcze gorzej. Rocznie pojawiało się około półtora tysiąca młodych, z czego wybierał po selekcji do dalszego chowu jedynie kilkanaście osobników.

- To normalne przy tworzeniu czegoś nowego – mówił.

- A co robiłeś z pozostałymi? - Zjadałem, sprzedawałem ale głównie rozdawałem tym, którzy je chcieli wziąć.

Jeszcze dzisiaj, po kilkuletniej pracy hodowlanej, trudno jest doszukać się w stadzie identycznych osobników. Rasa  nie jest utrwalona i daleko jej jeszcze do zachodnich ras, nad którymi setki, a nie jeden hodowca, trudzą się od dziesiątek lat.

Wiaczesław przyznaje, że hodował na pełny gaz. Miał pewną wizję, wielki cel i starał się go za wszelką cenę zrealizować. Chciał się zapisać w historii Rosji jako ten, któremu udało się odkopać i podać na tacy innym wielkiego prehistorycznego mamuta. Obserwowałem jak mówił, jak gestykulował i jak co rusz wyciągał serce na wierzch. „To ja, Wiaczesław Komow, twórca czegoś pięknego i wspaniałego; zobaczcie, jeszcze kilka lat temu nie było „pawłowów”, jak je nazywał, a dzisiaj już są”; powstały z niczego jak feniks z popiołów. Czyż to nie wspaniałe stworzyć coś nowego od zera?

Wiaczesławowi zależało na tym, abym odwiedził Petersburski Instytut Pierewodztwa (nie pamiętam dobrze nazwy), gdzie studiował i gdzie w jednym z pokojów przetrzymywane są autentyczne, wypchane z przedrewolucyjnego okresu, a więc mające prawie sto lat kury pawłowskie. Kiedyś zrobił nawet profesjonalną sesję fotograficzną, aby udowodnić, że te wypchane ptaki i jego kury niewiele się od siebie różnią. Zastanawiałem się dlaczego ciągnął mnie do jakiegoś instytutu na peryferiach Sankt Petersburga, poznawał z jakimi swoimi koleżankami? Dlaczego tak mu zależało? Czy robił to podświadomie, czy celowo?  Wystarczyłoby przecież pokazanie jedynie zdjęć z sesji fotograficznej?

Może chodziło mu o to, abym naocznie zobaczył namacalny dowód. Nie jakąś tam fotografię, która mogła być zwykłym fotomontażem tylko autentyczne kurki pawłowskie sprzed dziesiątek lat z prawdziwymi pazurami, dziobem i piórami.

Wyprawa do Sankt Petersburga była niezapomniana i jedyna. Jej atmosfera może tylko zaistnieć między Polakiem a Rosjaninem.  Pożegnanie na lotnisku…

– Życzę ci, aby ci źli ludzie…powiedziałem.

Miał jakiś smutek w oczach. Obiecaliśmy sobie, że nie stracimy kontaktu. I ten kontakt raz większy a raz mniejszy jest. Latem 2006 roku Wiaczesław przesłał mi trzy partie jajek – oczywiście od kurek pawłowskich. Czasami wyślę mu jakiś kalendarz czy numer Woliery.

* * *

Od września 2005 roku nie widziałem się z Wiaczesławem. Przez pewien czas miałem przed oczyma żywy, niemalże idylliczny obrazek z wyprawy do Rosji. Podróżując jednak po Europie Zachodniej w pewnym momencie ten ciepły wizerunek poddany zostawał ciężkiej próbie. Często na różnych zachodnich wystawach spotykam grupki Rosjan. Poznaję ich zawsze, nawet jeżeli nie odzywają się ani słowem. Zazwyczaj wywiązuje się wtedy szczera i słowiańska rozmowa, słowianin ze słowianinem zawsze się przecież dogada. Wymienialiśmy uwagi, kto kogo zna. Jedna z takich rozmów, ta w Lipsku w 2006 roku, dała mi sporo do myślenia.

- Znam Waszego Komowa…

Dyskusja wkraczała w tym momencie na zupełnie inne „szersze” tory. W Rosjan wstępowało coś, co trudno wyrazić słowami – jakiś szczególny przypływ energii i podniecenia. Ale podniecenia przez zaciśnięte zęby.  Nie była to jednak energia jaką widziałem u Wiaczesława. Był to raczej język konfronntacji niż dialogu.

- Jaki on tam nasz, ot, wstyd, i tyle.

- Wstyd? Jest znany w Europie, cytowany, ma ciekawą stronę internetową, no i zajął się piękną i szlachetną sprawa czyli odtworzeniem tego mamuta przeszłości – kurką pawłowską.

- O tak, o własne interesy to on potrafi zadbać, umie się reklamować i zrobić szum koło własnej osoby.

- Czy to źle? Jest skuteczny. Jeżeli się mówi w Europie o kurce pawłowskiej to chyba lepiej niż gdyby się o niej nie mówiło.

Chyba nie zrozumieli. Mówili coś o przewłaszczaniu narodowego dobra, podszywaniu się pod czyjąś pracę. Oczywiście kurka Pawłowska Komowa to mistyfikacja. A to co opowiada Komow o jakiś jajkach z Ałma Aty, z których wykluł się kogut, który z kolei posłużył od odtworzenia kury pawłowskiej to zwykła legenda. Nie było żadnych jajek i koguta, a jeżeli był to jako efekt zwykłej krzyżówki kury polskiej (tak w Rosji nazywana jest czubatka polska) i Brahmy. Komow to oszust, który potrafi robić interesy.

- Jaki interes można zrobić na Pawłowach?

- On potrafi. Wciska takie byle co uczciwym obywatelom.

- A czy są w Rosji „prawdziwe” kury pawłowskie? – nie dawałem za wygraną.

- Oczywiście, że są. I hoduje je nie Komow, tylko prawdziwi rosyjscy hodowcy.

- Czyli Wy? – podpuszczałem.

Tak, to byli oni. Prawdziwi rosyjscy hodowcy, od których Komow przewłaszczył sobie to rosyjskie i święte.

- A czy możecie pokazać mi jak wyglądają wasze prawdziwe kury?

-  Nasze hodowle nie są duże, argumentowali, prawdziwi rosyjscy hodowcy nie hodują ptaków masowo; stawiają raczej na jakość niż ilość. Obiecywali przysłać pocztą zdjęcia  swoich „prawdziwych” kur i materiały, które zostały opublikowane na ich temat w tamtejszych czasopismach.

Do dzisiaj nic nie przysłali.

* * *

Na tych samych zachodnich wystawach spotykałem Belgów, Holendrów, no, i zrozumiała rzecz Niemców. Pamiętam jak w 2006 roku stanęliśmy z Luukiem Hansem na wystawie w Lipsku przy klatce z jakimiś kurami lokowanymi. Chociaż sam tego typu ptaków nie hodował, to wiedział na ich temat bardzo dużo. To on właśnie wiele razy w swoich artykułach pisał o Arie Bolandzie, Holendrze, który pół życia poświęcił na przeniesienie lokowatości na czubatkę polską. Podobnie Tery Bebe z Anglii potrafił z wielkim szacunkiem mówić o swoim mistrzu, od którego uczył się hodowli i od którego dostał w spadku stado kur czubatych.

Albo Hans Ringnalda, który odtworzył karzełka birmańskiego. Wielokrotnie sondowałem innych zachodnich hodowców, co sadzą o jego osiągnięciach. Ani razu nie spotkałem się z totalnym kwestionowaniem jego roli, co najwyżej wskazywano na fakt, że można to było „zrobić inaczej”, przy użyciu zupełnie innych ras kur. Ocenia się, że na przełomie 2006 i 2007 roku istnieje niewielka bo licząca około 150 osobników populacja. Każdy doskonale wie, że przy tak młodej rasie trudno jest o znalezienie dwóch identycznych osobników.

Zawsze po serii spotkań na wystawach zastanawiałem się czy nie wytwarzam sobie w swojej wyobraźni zbyt uproszczonego pojęcia o tych dwóch światach – wschodu i zachodu?Czy mam prawo widzieć te dwie kultury w barwach czarno-białych? Tym bardziej, żeczęsto Belgowie i Holendrzy, po przekroczeniu pewnej bariery prywatności, krytykowali siebie wzajemnie. Nasłuchałem się anegdot i zwykłych złośliwostek.

Dlaczego tak się dzieje?

Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Zawsze tak jest, że tam gdzie występuje pasja, tam też wyłażą na wierzch emocje. Całą sztuką jest aby te emocje opanować i aby to nie one rządziły nami ale my nimi. Na pewno jest to bardzo trudne. Zawsze i wszędzie występowały między ludźmi konflikty i różnice interesów. Najważniejsze jest aby nauczyć się te konflikty najpierw nazwać po imieniu a następnie je rozwiązywać.

Nie ukrywam, że przez długi czas nie potrafiłem spiąć tych swoich spostrzeżeń co do różnic kulturowych jakąś konkluzją. W pewnym momencie dostałem olśnienia gdy wpadła mi w ręce ksiązka Ryszarda Kapuścińskiego „Nie ogarniam świata”.

Powinniśmy pójść dalej, niż tylko tolerować Innych. Doświadczenie nauczyło mnie, że fakt poznania likwiduję masę agresji. Olbrzymie pokłady wrogości wynikają z nieznajomości tego Innego. Myślę, że prawidłowy kontakt międzykulturowy musi zakładać element dialogu pozytywnego, próbę znalezienia racji, jakie kierują tym Innym. Musi być ta wola zrozumienia i porozumienia. Pewnie, możemy ponieść klęskę, ale na początku niezbędna jest chęć dialogu. Przecież to, że podejmujemy dialog z innym, wcale nie zakłada, że wyrzekam się swoich poglądów. Dialog zakłada tylko poznanie Innego.

To widać znakomicie gdy porówna się mentalność wschodnią i zachodnią. Wladimir Bukowski zauważył, że w mentalność zachodniej ważne jest poznanie swoich stanowisk. Dyskutanci przedstawiają wyznawane racje i się rozchodzą, pozostając przy swoim, albo przekonują się – w całości lub części – do zdania partnera. W mentalności wschodniej najistotniejsze jest natomiast zdominowanie Drugiego i przewalczenie swojej racji. Dotąd się będą zwalczać, aż będzie im się zdawać, że pokonali przeciwnika…

Na pytanie: w kręgu jakiej kultury my, Polacy, obecnie się znajdujemy, niech każdy odpowie sobie sam we własnym sumieniu. Nie będzie to obraz budujący. Każdy, w tym pewnie ja też, chciałby siebie widzieć, co zrozumiałe na Zachodzie Europy. Kazimierów lipiec 2007 rok

Przypisek:

Powyższe „myśli” zbierałem przez kilka miesięcy. Zasadę mam taką, że jak olśni mnie „prawda”, staram się ja zapisać i uchwycić, aby nie przepadła. W lipcu, po przeczytaniu ksiązki Kapuścińskiego, uznałem, że wszystko spina mi się w jedną całość. Możecie mi wierzyć albo nie ale od tamtego czasu nie zmieniłem w powyższym tekście, poza oczywistymi poprawkami stylistycznymi - ani słowa.

Szczerze mówiąc nie bardzo mnie interesuje, czy Wiaczesław dostał jajka autentycznych kurek pawłowskich z Ałma Aty. Może były to jajka krzyżówek? Może za dwa, trzy lata zniechęcony i zmęczony zaprzestanie marzeń. Wtedy nastąpi powrót do tego co było czyli pustyni. Kto na tym wygra? Nikt. Ważniejsze od tego kto ma a kto nie ma racji jest dlaczego te dwa światy nie potrafią się przeniknąć - dla dobra rosyjskiej hodowli?

Tekst źródłowy Komowa znajdziecie na stronie www.czubatkapolska.pl w  dziale „kury pawłowskie”. Sadzę, że warto go przeczytać, aby mieć pełny obraz sytuacji.

Kazimierów 2 grudnia 2007 roku

Poprawiony: niedziela, 12 stycznia 2014 21:57