środa, 23 października 2019

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

ta pieprzona tajlandia
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 8943 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
poniedziałek, 24 grudnia 2007 01:00
 Ta pieprzona Tajlandia      

   A już myślałem, że na wigilię nie zdążę, bo 22 grudnia, roku pańskiego 2007, o 6.00 rano na lotnisku w Bangkoku, tuż po doprawie, powiedziano nam, że  popsuł się ukraiński samolot i lot jest w ogóle odwołany. Ukraińskimi liniami miało być najtaniej. I najkrócej. Po raz kolejny okazało się, że „tanio” oznacza najczęściej drogo. A awaryjny powrót, najprawdopodobniej, przez jakiś zakichany Londyn oznacza kilka tysięcy kilometrów więcej. I parę ładnych godzin więcej.

     Odwieziono nas do hotelu i zalecono cierpliwość. A kiedy będzie coś wiadomo o powrocie? Nie wiadomo. Ukraińcy szukają dla nas jakichś połączeń, ale znalezienie ich będzie trudne, no bo to przecież okres przedświąteczny i samoloty latają pełne, a nawet z czubem. 

     Najbardziej wkurzające było to, że Tajowie na lotnisku i w hotelu byli bardzo mili. Potwierdziło się to, co już podejrzewałem wcześniej – oni są naprawdę uprzejmi. Jak można być, w takiej sytuacji miłym? Czy oni w ogóle, k…,  wiedzą co znaczą dla Polaka Święta Bożego Narodzenia? Chyba nie wiedzieli. Czczą tego swojego Buddę, który jest zwolennikiem jakiejś pieprzonej medytacji i wyciszenia, a mnie się chciało się wyć. No, ale wielka wystawa zwierząt gospodarskich odbywała się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, które w Tajlandii nie są prawie w ogóle znane, bo mieszka tam dwa procent katolików. Mogliśmy tam lecieć teraz albo w ogóle.

    Wybraliśmy – teraz.

     Dobre w tym wszystkim jest to, że obsługa lotniska - chyba z poczucia winy - nie ważyła naszych walizek i nie będziemy musieli płacić za nadbagaż. A limit 22 kilogramów został przekroczony o jakieś 10 kilo. Ale to małe pocieszenie. Walizka z prezentami świątecznymi może nie dolecieć na czas, a nakupiliśmy różnych pamiątek całe mnóstwo. Nie wiadomo czy w ogóle doleci, bo bagaż został nadany, a przypisanego do niego rejsu nie ma. Władimir, jakiś ruski, towarzysz niedoli, pocieszył nas, że kradną nawet na przesiadkowym lotnisku Miami, a co dopiero w jakiejś azjatyckiej Tajlandii.

     Tak jakby w Moskwie nie kradli. 

    A ja w bagażu podręcznym mam tylko aparat fotograficzny paszport. Nie wziąłem nawet szczoteczki do zębów. A jak nie umyję zębów to mam wrażenie, że moi rozmówcy starają się wtedy utrzymywać ode mnie stosowny dystans.

    - Czy odpowiada panom powrót przez Johannesburg? – spytał nas uprzejmy hotelowy major domus.

    - Czy ty wiesz, pajacu, gdzie leży Johannesburg? Przecież to południe Afryki! A czy ty wiesz w ogóle, gdzie leży Polska?

     - Yes, yes… Holland?

     - Nie Holland tylko, durniu, Poland… Wałęsa... Solidarność... Jan Paweł II... Boniek, futbol… Powtórz – Pooolaaaand.

    - Yes, yes, Holland…

    Na dodatek mam wielkie wyrzuty sumienia, bo do Tajlandii poleciałem z moim synem Bartkiem, który zostawił w Polsce młodą żonę, Monikę, w szóstym miesiącu ciąży. Kilka miesięcy temu przeprowadziliśmy się do nowego dwupokoleniowego domu…

 Image

     - Ojciec, to miały być pierwsze wspólne święta…

    - Wiem, wiem…synu…

    Od niepamiętnych czasów na dwa dni przed wigilią kupowaliśmy wspólnie z moimi obydwoma synami, Bartkiem i Maćkiem, choinkę, potem ją ubieraliśmy dokładnie 24 grudnia rano. Nie dwa lub trzy dni wcześniej, tylko właśnie w dzień wigilijny, co zawsze było powodem do pewnych napić w domu, bo moja żona, Joanna, jest bardzo akuratna i nie lubi niczego robić na ostatnią chwilę. Tysiące razy jej tłumaczyłem, że to nie jest „ostatnia chwila” tylko tradycja…choinkę ubiera się w dzień wigilijny. Koniec. Kropka.  Kupno choinki i jej ubieranie to były nasze żelazne, męskie zadania, no może jeszcze jakieś dokładnie rozpisane na kratce zakupy. Do innych czynności, na przykład kuchennych, przynajmniej ja, dotychczas się nie dotykałem, bo się do nich kompletnie nie nadaję.

     Taki już los mojej żony.

     - Ciekawe co ona tam o nas myślą…

    - Na myślenie to one nie mają czasu bo aktualnie gniotą ciasto na pierogi albo obierają czerwone buraki na barszczyk.

    - Ojciec, one o nas na pewno sobie źle myślą…

    - Trzeba będzie udawać biednych i pokrzywdzonych, taką jedną wielką kupę nieszczęścia… One się na to zawsze nabierają, a w każdym bądź razie na pewno moja. Wtedy ty masz przewagę, bo przejmujesz inicjatywę. Kobiety lubią matkować, a tu będą miały idealną okazję nas pocieszyć w nieszczęściu.

    - Jakim nieszczęściu? Tu trzydzieści pięć stopni, piękne ogrody, słońce, zieleń, my się tu wylegujemy w tropikach, a tam pewnie w nocy przemroziło do minus dziesięciu. Bangkok jest podobno dzisiaj najcieplejszą stolicą na świecie. A czy Monika się na to nabierze?

    - Na pewno się nabierze? Ucz się synu od ojca, a na pewno na tym dobrze wyjdziesz.

    Zaczęło się gorączkowe poszukiwanie innych, poza popsutym samolotem, tajskich nieszczęść. Zawsze coś się znajdzie. Choćby to, jak zagospodarował nam pierwszy dzień pobytu nasz gospodarz Suthep Chongulia, skądinąd znany z poprzedniego odcinka.

     A było tak. Suthep, tuż po przylocie do Tajlandii, czekał osobiście na nas na lotnisku. Byliśmy tym naprawdę zaszczyceni; Kurt Michel powiedział nam, że jest on członkiem rodziny królewskiej, a przez to bardzo wpływowym człowiekiem i wcale nie musi fatygować się sam, może wysłać swojego kierowcę z samochodem.

 

Image
Suthep we własnej osobie

    Nie muszę dodawać, że Suthep to bardzo miły gość…

   W połowie drogi do hotelu Rose Garden położonym w pięknym ogrodzie, gdzie w ciągu następnych trzech dni miała się odbyć wielka wystawa zwierząt domowych skręcił na bok do jakiegoś swojego znajomego taksówkarza, który miał się nami zająć przez cały dzień, bo Chongulia był oczywiście zajęty organizacją imprezy i bardzo go to kręciło.

   - Powiedzcie kierowcy co chcielibyście zobaczyć w Bangkoku i on was tam zawiezie.

   Przecież, kurde, nie wiemy co mamy oglądać w Tajlandii, bo jesteśmy tu pierwszy raz i nie znamy tego kraju. Gdybyśmy wiedzieli, że tak się sprawy potoczą skorzystalibyśmy z usług jakiegoś miejscowego biura turystycznego, a tak…

   - To może wstąpcie na farmę krokodyli – zaproponował Suthep – jest tu, niedaleko.

   Powiedział to, kurde, i zniknął.

  Taksówkarz samochodem Suthepa zawiózł nas na farmę.

   Nie trzeba dodawać, że był bardzo uprzejmy, miły i przez cały czas nie schodził mu z twarzy uśmiech. Oczywiście ni w ząb nie znał, głupi Tajlandczyk,  poza tajskim, żadnego innego języka. Spytałem się go na migi, czy mogę zostawić w jego samochodzie cały majdan? Odpowiedział mi z uśmiechem, że naturalnie, nic się z nim nie stanie.

     - Dwie godziny – pokazałem mu na palcach. – Chyba starczy nam dwie godziny na te krokodyle. Czy rozumiesz? Dwie – go – dzi- ny - sylabizowałem!!! Potaknął z uśmiechem od ucha do ucha, że rozumie. No i znowu był cholernie bardzo miły.

    Kiedy się jednak obejrzałem kierowcy już nie było. Odjechał. Pewnie, pomyślałem sobie, oddalił się na parking. Kiedy jednak wróciliśmy po półtorej godzinie zwiedzania, taksówkarza nie było. Siedzimy z Bartkiem na jakimś murku pół godziny, godzinę, dwie, a jego w dalszym ciągu ni widu ni słychu.

   - Obawiam się, że dał dyla – powiedział całkiem poważnie Bartek.

    No ładnie, zostaliśmy bez bagażu, biletów powrotnych. W taksówce zostawiłem wszystkie dokumenty, karty kredytowe i szczoteczkę do zębów.

    - Co ty, ojciec, karty kredytowe zostawiłeś! Pewnie gościu w tej chwili czyści Twoje konto. Stary a głupi – podsumował mój syn.

   - Trochę szacunku do ojca… bąknąłem.

   - Co robimy? Możemy pojechać do hotelu albo nawet wprost do konsulatu…

   - Ale za co…?

   - To pieniądze też zostawiłeś w taksówce?

   - Niestety… jakoś tak staram się wierzyć ludziom – broniłem się w mocno wątpliwy sposób.

   - I ty uważasz się za wielkiego biznesmena. Dupa jesteś, nie biznesmen. Dziewięć tysięcy kilometrów od Polski, w nieznanym kraju, bez pieniędzy, biletów powrotnych i paszportu… daj przynajmniej telefon do Suthepa…

  - Telefon jest w notatkach… , no też w samochodzie…

  - …?

   - Kiblujmy tu do skutku – zadecydowałem - bo jak pójdziemy nawet na piechotę do hotelu to kierowca, jak przyjedzie pomyśli sobie, że to my strzeliliśmy w długą.

    Na taksówkarza czekaliśmy ponad dwie godziny. W upale. Bez picia. Pierwszy dzień w tropiku. Ciekło z nas w każdym zakamarku ciała. W końcu przyjechał swoja żółtą taryfą, bo musiał odstawić auto Suthepa. Zajęło mu to tak dużo czasu bo Bangkok to duże miasto, z ośmioma milionami mieszkańców, nie tak jak jakaś prowincjonalna Warszawa z jakimiś marnymi dwoma milionami. A w Bangkoku, mimo setek kaskad i tyleż samo czteropasmowych autostrad, korki jak cholera…

    Oczywiście taksówkarz, kurde, miał na twarzy szeroki uśmiech i był nadzwyczaj miły.

    Odetchnęliśmy z ulgą. Ucieszyliśmy się nawet, że nic nie zginęło. Absolutnie. Na dodatek zadzwonił do nas sam Suthep mówiąc, że za kilka godzin do tego samego hotelu, w którym my jesteśmy zakwaterowani, przyjedzie Imamura Yasutake wraz z pięcioma innymi Japończykami.  Bardzo się z tej wiadomości ucieszyłem. Wielokrotnie korespondowałem z Imamura e-mailowo. Odwiedziłem go też osobiście w Kumamoto, gdzie zawiązało się między nami coś na kształt przyjaźni.

    Przy okazji Suthep grzecznie zapytał się, czy jesteśmy zadowoleni z wizyty na farmie krokodyli i czy wszystko jest w porządku?

    - No problem – tym razem to my byliśmy mili i grzeczni.

    Coś tam się od Tajów nauczyliśmy. Choćby to, że na różnych krańcach świata czas ma zupełnie inny wymiar. W Indochinach biegnie zgoła inaczej niż u nas. Przez cały czas zastanawiałem się, jak to jest możliwe, aby naród z „takim” poczuciem czasu osiągał „takie” wyniki gospodarcze, co widać było gołym okiem. W latach dziewięćdziesiątych Tajlandia szczyciła się dwudziestoprocentowym wzrostem dochodu narodowego. Nie przypadkiem chyba futurolodzy przewidują, że XXI wiek będzie wiekiem Azji. Inną zupełnie dla mnie zagadką jest sposób w jaki, nie tylko Tajowie ale i inni Azjaci rozwiązują stres i napięcia? Po prostu podchodzą do nich z uśmiechem i je… rozwiązują, a nie upajają się nimi jak choćby my, Polacy, którzy z igły potrafią zrobić widły.

 

Image
Jedyne na świecie czekoladowe chabo
Image
Sedziowie podczas oceny
Image
Piękne białe tajlandzkie chabo

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     Później, kiedy opowiedzieliśmy Japończykom cała tę historię z taksówką i o tym jakim to gościnnym narodem są Tajowie, zaśmiewaliśmy się długo, ile wlezie. Imamura zrewanżował nam się piękną opowieścią o kolejnych wyczynach Suthepa, których miał okazję sam doświadczyć.

     Nie muszę dodawać, że spotkanie z Japończykami było naprawdę cholernie miłe i serdeczne.

Image
Grupa japońskich hodowców
 

     Wybaczcie jednak, że o tym będzie w jednym z następnych odcinków, bo nie chciałbym zanudzić, i tak ten wpis jest dosyć długi, za dwie godziny wigilia, a ja zamiast pomagać żonie dekorować świąteczny stół, piszę tu jakieś dyrdymały. Chociaż… czy to są dyrdymały. Czasami przewrotnie jakąś prawdę warto podać w… głupawy sposób. Tylko nie wiem, do diabła, czy mi się to udaje.  

      Aha, dolecieliśmy do Polski z 24 godzinnym opóźnieniem. Do Zurychu tajskimi liniami lotniczymi, a potem do Warszawy naszym kochanym LOT-em. Zamiast choinki kupiliśmy jakiegoś drapaka, zdążyliśmy go nawet ustroić z synami świeczkami i ozdobami. Nasze żony przywitały nas z powagą i godnie, aczkolwiek bez zbytniego entuzjazmu.                          

    

                        
Poprawiony: czwartek, 03 stycznia 2008 14:26