wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

marzenia nic nie kosztują
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 8003 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
środa, 02 stycznia 2008 21:19
   MARZENIA NIC NIE KOSZTUJĄ

   Dzisiaj chciałbym Was przekonać, że warto mieć marzenia, które ja nazywam wizjami. Warto marzyć, choćby wydawały się one na początku nierealne do spełnienia, a nawet głupie. Tylko ten może coś osiągnąć gdy stawia sobie jakieś cele, albo o nich marzy. Gdy nie marzysz, nie masz do czego dążyć, a jak można osiągnąć jakiś cel gdy go nie widzisz na horyzoncie. Celu nie można osiągnąć gdy go nie ma.

   Gdzieś w kwietniu zadzwoniła do mnie Małgosia Słomczyńska mówiąc, że organizuje z grupą przyjaciół indywidualną wyprawę do Ameryki Południowej, a głównie do Peru. Kiedy uzbiera się piętnaście osób to biuro turystyczne, a dokładnie firma Danuta Travel”, której właścicielem jest Polka mieszkająca na stałe w Peru, funduje opiekuna grupy za darmo. Dla mnie osobiście taka wyprawa miała dodatkowy smaczek ponieważ stamtąd pochodzą legendarne kurki araukany - owiane tajemniczością i sporym kolorytem z uwagi na chilijskich Indian Mapuche zwanych także Araukanami, od których te piękne ptaki wzięły swoją nazwę. Po wizycie w Japonii, gdzie zrealizowałem jedno ze swoich marzeń goszcząc w domach japońskich hodowców, marzyło mi się poznać legendarnych Indian Mapuche. Ilu nie tylko polskich hodowców marzy by poznać osobiście hodowców onagadori? Pewnie niewielu. Nie marzą, a więc nie jeżdżą. A mnie, jak ślepej kurze ziarno, nadarzyła się sposobność stanięcia oko w oko z Indianami Mapuche. Koniec. Kropka.

   Po krótkiej konsultacji z żoną, Joanną, która akurat była przy mnie decyzja zapadła pod wpływem chwili – jedziemy. Program obejmował dwa tygodnie włóczenia się zgodnie z indywidualnym programem, który grupa sama sobie ustaliła po całym Peru, głównie śladami prastarej kultury Inków plus tygodniowy, gdzie mieliśmy odpocząć, „program dżungla”. W sumie cały pobyt okazał się bardzo intensywny.

    Towarzystwo, poza nami, znało się od niepamiętnych, czyli studenckich czasów. Taka drużyna globtroterów, których ciągle coś gna po świecie, często z kilkoma dolarami w kieszeni. Przy okazji warto zastanowić się nad pewnym mitem – że takie wyprawy słono kosztują. Otóż te „wielkie pieniądze” są najczęściej w głowie wątpiących. Jak ktoś chce usprawiedliwić się, że czegoś tam nie można zrobić, to zawsze argument znajdzie. Podam tutaj przykład Wojtka Wójcika, znanego z tego bloga młodego chłopaka, który podróżuje bo ma tak zwany „mus”, czyli „potrzebę” nie popartą żadną prawie forsą. On też ciągle realizuje swoje marzenia. Obecnie, z tego co się orientuję, pracuje w Polsce, zarabia, po to by…znowu ruszyć w świat, tym razem, chyba, do Indonezji...

    Ale wróćmy do naszej peruwiańskiej grupy. Nie będę opisywał każdego jej członka z osobna, bo nie jest to celem niniejszej rozprawy, powiem jednak tylko, że takiej koncentracji osobowości i pomyleńców nie spotyka się zbyt często. Zatrzymam się jedynie nad dwoma ewidentnie chorymi przypadkami.

   ImageImage

   

 

 

 

 

     Pierwszy z nich to Paweł i Małgosia Słomczyńscy.

     Małgosia denerwowała wszystkich bo wszystko jej się podobało. Podczas gdy my, z wywieszonymi ozorami, wspinaliśmy się na jakąś górę, ona przystawała na chwilę by powąchać jakiś kwiatek. I nie tylko nim się zachwycała. Drzewami, krajobrazem, roślinnością…no, mówię Wam wszystkim. „O… jaki piękny widok” czy „cudna ta chusteczka” lub „ wspaniała droga”. Grupa w uznaniu jej wszechobecnego optymizmu nazwała ją „matką”. Ukuło się nawet, powtarzane jak mantra, powiedzenie „matka jest tylko jedna”, czyli Małgosia. 

    Warto dodać, że to właśnie ona wymyśliła od początku do końca kilka znanych na polskim rynku pism – Kwietnik, Ogrody, Bukiety oraz Cztery Kąty. Dawniej ich wydawcą był „Pruszyński i Spółka”, a obecnie „Agora”,  która zresztą wywaliła Małgosię z roboty. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo obecnie pracuje w TVN, gdzie realizuje swój autorski program „Maja w ogrodzie”.

     A teraz o Pawełku.

    Osobiście nigdy nie widziałem go w krawacie, a w marynarce jeden jedyny raz. Jest mi pod tym względem szczególnie bliski, bo ja marynarkę ostatnio włożyłem na ślub syna, bo mnie rodzina do tego kroku podstępnie i ohydnie zmusiła wjeżdżając na mój ambit (wstydził byś się, nawet na ślub syna nie włożysz, choć raz wyglądaj jak człowiek, a nie włóczęga). O krawatach nie wspomnę…Pawła można bezbłędnie poznać też po… butach. Idąc ulicą wystarczy patrzeć pod nogi. Buty Pawła są przeważnie za duże, przypominają snopek lnu po wielodniowym moczeniu w wodzie i wielogodzinnym obijaniu kijem.

    Wyraz twarzy Pawła jest dobroduszny i dobrotliwy. Więcej nie będę nad Pawłem się znęcał. Wklejam jedno ze zdjęć. Oceńcie gościa sami. On taki naprawdę jest jak wygląda. Robię to wiedząc czym ryzykuję, bo jak je zobaczyła Małgosia to chciała je od razu skonfiskować. Wiecie dlaczego?

 Image                                                                   

    

    Dodam tylko, że Paweł to znakomity fotografik i to właśnie on zrobił wiele pięknych zdjęć kur w Lipsku – tych samych, które systematycznie zamieszczam na forum lub są drukowane w „Wolierze”. Pomimo tego, że spadł od razu pierwszej nocy z piętrowego hotelowego łóżka (podejrzewaliśmy dwa pęknięte żebra) dotrwał jednak do końca morderczej trzydniowej zdjęciowej sesji i wykonał zlecenie.

    Profesjonalista.

    Małżeństwo Bohdanów to zupełnie inna bajka.

    Jola jest nauczycielką. Jak usłyszałem, że wychowała iluś tam olimpijczyków to mi szczęka opadła. Zawsze podziwiałem zawód nauczyciela za hart ducha i cierpliwość. Ja cierpliwy nie jestem. Jak sobie pomyślę, że jakiemuś przygłupowi miałbym coś kilka razy powtórzyć, bo raz to za mało, to od razu wymiękam. A Jola wyszukuje wśród nich tych „rokujących” robi z nich olimpijczyków. Jestem przekonany, że to ona w domu Bohdanów kieruje ruchem i decyduje o wszystkich najważniejszych, w tym finansowych kwestiach. Cicha, spokojna, mająca tę swoją wielką mądrość kobieca, do której mężczyźni lgną jak muchy, bo nie muszą nic w domu sami robić,  taka sama akuratna jak moja żona, dzięki czemu od razu sobie przypadły obydwie do gustu.

     Jestem przekonany, że Mirek do tak zwanych prozaicznych i codziennych czynności się nie nadaje. Szczęście, że ma pod bokiem właśnie Jolę, bo najprawdopodobniej bez jej zorganizowania nie przeżyłby jednego dnia. Już podczas lotu do Limy, gdy mieliśmy prawie sześciogodzinny, przesiadkowy pobyt w Stanach, zgubił się na lotnisku Miami. Poszedł czegoś tam się dowiedzieć i zniknął. Doszło do tego, że poszukiwanie Mirka została po dwóch godzinach zaangażowana obsługa lotniska w Miami na Florydzie.

    A to cholernie duże lotnisko.

    I to cholernie duże lotnisko musiało zajmować kimś takim, jak Mirosław Bohdan z Polski. Potem tłumaczył się, że pomylił wyjścia. Zachowaliśmy raczej stoicki spokój, do tego typu wyczynów są od dawna wszyscy przyzwyczajeni. Sam Mirek zawsze, gdy znajdzie wdzięczne grono słuchaczy, opowiada jak dwadzieścia parę lat temu zgubił się w Iranie. Grupa podróżowała wtedy po Bliskim Wschodzie za dwadzieścia dolarów. Gdy jedna z koleżanek zachorowała i przeniesiono ją do wagonu pierwszej klasy, Mirek postanowił jej w biedzie towarzyszyć. Nie sprawdził tylko, jaka jest stacja docelowa tego wagonu. Rano obudzili się tysiąc kilometrów od miejsca, gdzie dojechała pozostała część grupy. Bez pieniędzy, znajomości języka i zupełnie obcym kraju…

ImageImage 

 

 

 

 

  

 

 

 

     Mirek jest typem wizjonera. Patrzy przed siebie i widzi to, czego inni nie widza. Może dlatego interesy, które prowadzi, obecnie głównie na Ukrainie, tak dobrze mu wychodzą. Z wypadów na wschód systematycznie przemyca stare ruskie samowary. Chwalił się też, że z podróży zawsze przywozi do Polski jakieś maski. Z Ameryki Południowej przytargał więcej masek od mnie, bo aż siedem, podczas gdy do mojej walizki zmieściło się tylko pięć, w tym jedną, bardzo piękną maskę starego Indianina, którą sprzątnął mi sprzed nosa na straganie w  amazońskiej Ighitos, tej samej, w której nasz poczciwy niedoszły prezydent Stan Tymiński wprowadzał telewizję kablową, a następnie Internet. Tego Indianina do dzisiaj nie mogę mu darować. Wystarczyła chwila mojej nieuwagi, bo byłem zajęty wyjaśnianiem mojej Joasi, na cholerę mi tyle tych masek. Choćby, dlatego, mówiłem, aby Mirek nie miał ich więcej od mnie. Podczas gdy ja "wyjaśniałem", Mirek maskę kupił. Teraz mogę maskę Indianina co najwyżej obejrzeć w jego domu powieszoną na ścianie. 

    Tak, tak, kochani, w Amazonii Tymiński jest uważany za super gościa. Nie to co w jakiejś tam Polsce, gdzie w wyborach wykosił go Wałęsa. W Ighitos Wałęsy nikt nie zna, a Stana znają wszyscy.

    W grupie ja sam robiłem za swego rodzaju dziwoląga. Na lotnisku w Limie, Jacek, nasz stróż i przewodnik, o trzeciej nad ranem pod prawie dwudziestogodzinnym locie, powitał nas słowami – „a który z panów to pan kurka”?  

Image
Pan Kurka we własnej osobie
Image
Na Machu Picchu trochę padało
Image
moja małżonka Joanna na Machu Picchu

 

 

 


 

 

 

 

   

 

 

     Jak można tak na poważnie zajmować się jakimiś tam kurami? Co prawda każdy z tam obecnych miał jakiegoś swojego bzika i był na swój sposób upośledzony, to jednak widok faceta uganiającego się z ciężkim aparatem, w każdej peruwiańskiej i amazońskiej zagrodzie za kogutami musiał budzić co najmniej zaciekawienie. Starałem się im wytłumaczyć, że w wielu kulturach świata kury są nieodłącznym elementem tożsamości narodowej. Jednego razu nawet palnąłem nawet w autokarze stosowną prelekcję na ten właśnie temat. Dotrwał  do końca i nie usnął tylko chyba właśnie Mirek, czym zaskarbił sobie moją wielka wdzięczność.

    A co mają wspólnego jakieś tam chorobliwe przypadki z wątkiem głównym tego opowiadania, czyli marzeniami? Ano mają, bo tylko ludzie potrafiący patrzeć pozytywnie i szukających takich samych egzemplarzy w swoim otoczeniu mogą te marzenia zrealizować. Wręcz klinicznym przykładem jest tutaj właśnie Mirek, który zachował pogodę ducha nawet wtedy, gdy przetrwał wiele lat temu poważną operację na głowę. Nie raz i nie dwa się przekonałem, że warto otaczać się takimi właśnie ludźmi, bo to oni mogą nas podciągnąć do góry, dać nam tego, jak to mówi syn, „pałera’. Nieudacznicy i ciągle narzekający potrafią tylko, jak mawia moja, z kolei, teściowa, „człowieka zadołować”.

    Na po wycieczkowym spotkaniu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, pokazałem grupie wydany w Wydawnictwie Zagroda ekskluzywny album fotograficzny „Nasze Ptaki". Od niechcenia rzuciłem myśl – a może byśmy tak zrobili podobny album z naszej wyprawy? Wpadło mi to do głowy, gdy jedząc, pijąc i zaśmiewając się po raz któryś tam z rzędu z opowiadanych tych samych dowcipów  Pawła, Mirka czy Włodka Pakuły (to następny z pomyleńców, o którym być może kiedyś napiszę) zerkaliśmy kątem oka na autorskie prezentacje zdjęć. Okazało się bowiem, że praktycznie każdy z nas na tej wyprawie cykał fotki.  I to takie, jakich nie powstydziłby się niejedne zawodowiec. Zdjęcia robiliśmy dla siebie, z potrzeby serca, dla upamiętnienia chwili a nie w celach komercyjnych. Pomysł tego typu wydawnictwa spodobał się większości. Zaraz jednak powstało zasadnicze pytanie – a ile wydanie takiego albumu będzie kosztować?

    I tu nastąpił pierwszy kryzys.

    Na pewno koszty będą niemałe – wszystkim od razu opadła kita.  Dlatego może zrobić zamiast ekskluzywnej wersji, taką zwykłą, typu kolorowe ksero? Rozpatrywaliśmy też i inne, pośrednie możliwości. Poza tym pojawiło się pytanie, kto podejmie się opracowania graficznego, kto napisze teksty. Nie było tylko wątpliwości kto wydrukuje, bo zadeklarowałem do dyspozycji własną drukarnię. No i trzeba zastanowić się też nad tytułem. Każdy też zadeklarował, ile mógłby zamówić egzemplarzy. Wyszło około pięćdziesięciu.

   Mało tych egzemplarzy, kutwy jedne... 

   Kalkulacja, którą zrobiłem zaraz następnego dnia po spotkaniu była porażająca. Przy nakładzie stu sztuk koszty druku, przy założeniu, że drukarnia zrezygnuje ze swojego zarobku wyniosły ponad dwieście złotych. To bardzo dużo.

    W tym momencie Mirek wpadł na pomysł, aby poszukać sponsorów. Ale jakich?  Która z szacownych firm chciałaby wspomóc jakąś prywatną grupę ludzi i jej jakiś osobisty album? No, chyba, argumentował Mirek, że znajdzie się taką firmę lub takiego kogoś, któremu również chodzi po głowie wydanie takiego albumu, a jego ukazanie byłoby dla niego szansą, aby zaistnieć w szerszej świadomości odbiorców.

    Jednym słowem kto ma takie same marzenia jak my.

    Szybko skojarzyliśmy pewne fakty. Przecież na polskim rynku nie ma zbyt dużo przewodników i Peru. Firma, która organizowała nam wyprawę, czyli „Danuta Travel” chciała swego czasu wydać przewodnik po tym pięknym kraju. Są nawet gotowe, znakomite teksty. Pani Danuta nie ma jednak tego, czym my dysponujemy, czyli dobrych zdjęć. A więc, czy nie warto byłoby połączyć sił i zrobić coś wspólnie? Tym bardziej, że jednostkowy koszt wydania albumu przy nakładzie 1.000 egzemplarzy gwałtownie malał i wynosił niecałe 30 zł/szt. Co prawda pani Danuta deklarowała zakup około 500 sztuk. Ale dobre i to. Mirek postanowił dalej szukać sponsorów. I jest szansa, że w te pozostałe niezagospodarowane 400 sztuk zainwestują dwie inne polskie firmy, które cyklicznie organizują wyprawy do Peru.

    Podzieliliśmy zadania między siebie. Mirek rozpisał z jakich działów i części ma się składać album. Wyznaczył też wszystkim konkretne zadania. Ja, na przykład, mam napisać kilka tekstów tak zwanych od serca, bo w tym jestem podobno dobry, no i zająć się produkcją. Mirek też coś tam skrobnie, będzie miał wgląd na wszystko, no i zadba o to by sponsorzy byli zadowoleni ze współpracy. Ania i Paweł mają wstępnie przejrzeć kilka tysięcy zdjęć i przygotować je do dalszej obróbki grafikowi. Anię jednogłośnie mianowaliśmy także redaktorem naczelnym. Nasz znajomy, Zbyszek Kraszewski, który zaplusował sobie w moim wydawnictwie Zagroda przygotowaniem do druku albumu „Nasze Ptaki”, widząc u nas tyle entuzjazmu, podjął się opracować album pod względem graficznym. Pani Danuta zadeklarowała udostępnienie swoich tekstów.

    Dzięki marzeniom, które okazały się możliwe do spełnienia, będziemy prawdopodobnie mieli coś czego nie było jeszcze na polskim rynku. Piękny, osobisty, niepowtarzalny album. Nie jakiś tam przewodnik, tylko coś własnego, co zostało stworzone wspólnymi siłami bez pytania - a co ja z tego będę miał? I to za śmieszne, jak na tego typu wydawnictwo pieniądze – kupcie w księgarni jakiś piękny album za 30 zł.!!! W chwili gdy piszę te słowa, a więc 2 stycznia 2008 roku, jesteśmy przed naszym pierwszym roboczym już posiedzeniem komitetu redakcyjnego, gdzie rozpisane zostanie, co, gdzie i kiedy.

    Czyż nie spełniają się marzenia. Ależ tak. Trzeba im tylko wyjść naprzeciw, a  nie leżeć przed telewizorem z piwkiem w ręku i narzekać, że „w tym kraju niczego nie można zrobić”. Można i to dużo.

 

    PS. W skrytości ducha chodzi mi po głowie następne marzenie. A może by tak zaryzykować, wydrukować trochę więcej sztuk, a nadwyżkę puścić do powszechnej sprzedaży? Jeżeli sprzeda się dodatkowo nawet 500 sztuk to i tak byłoby to nie lada osiągnięcie. Zarobione pieniądze cała grupa mogłaby wtedy przeznaczyć na dofinansowanie następnej wyprawy.

    Będąc w Tajlandii zrobiłem już rozeznanie.

    Czy nie wspaniałą rzeczą byłoby spenetrować całe Indochiny...

    ...wiecie…Kambodża, Tajlandia, Birma, Wietnam, Laos…Warto, kurdę, znowu pomarzyć…

    A potem Indonezja…przecież tam jest kolebka większości kurzych ras kur…

 

     

   

  

Poprawiony: czwartek, 03 stycznia 2008 13:43