wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

mamuty przeszłości
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 6708 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
wtorek, 15 stycznia 2008 21:38
  Mam kłopot ze swoimi liliputami. Namacalny i śmierdzący. Obsrywają mi taras przy nowym, w stylu dawnego polskiego dworku domu, do którego się niedawno sprowadziliśmy; taras jest od słonecznej strony i to pewnie dlatego. Lubią słoneczko… a kto go nie lubi? No nie chcą wejść na noc do prowizorycznego kurnika. Upatrzyły sobie niedużą brzózkę i fruwają na nią co wieczór. Przecież kury nie powinny tak jak wrony nocować na drzewie.

   A nocują.

   Kilka razy starałem się je zgonić szmatą na kiju, tak jak robią to gołębiarze. Skutkowało na chwilę. Sfrunęły z głośnym gdakaniem i wlazły do kurnika, ale gdy pewnego razu zapomniałem zamknąć drzwiczek, czekała mnie niespodzianka. Patrzę. Są. Na brzózce. Jak tam wlazły, przecież ciemno aż oko wykol?

    Nie wiem!

    Raz tylko jedyny  przetłumaczył im do rozumu mróz. Było wtedy coś z minus piętnaście stopni i duży wiatr, czyli jakieś odczuwalne, jak mówią meteorolodzy, dwadzieścia pięć stopni. Siedziały skulone ze dwie noce, a potem znowu…na brzózkę.

Image 

   Liliputy są sierpniowe. Cały lęg wyprowadziła kurka, która myślałem, że mi zginęła. Nie zjadła jej żadna kuna ani tchórz, choć drapieżniki chodzą w tych okolicach jak ludzie na Marszałkowskiej. Nawet wiem kto jest ojcem, bo kurka przygdakała sobie kogucika srebrzysto kuropatwianego i z nim cały czas chodziła, ale może jajka do gniazda donosiły jej jeszcze i inne liliputki? Nie są to więc lęgi planowe i przemyślane, ale s p o n t a n i c z e.  Jest sześć kurek i aż dziewięć kogutków. Nie wiem, jak tyle jajek może wysiedzieć jedna liliputka?

   W ogóle nie chorują. Nie muszę martwić się o szczepienia. Nie daję im granulatów ani witamin. Śpiącym na brzózce przy kilkunastodniowym mrozie kogucikom nie odmarzają grzebienie. Jedna z kurek już w styczniu, mając niecałe pięć miesięcy zaczęła znosić jajka….

    Ech, mogę tak o nich opowiadać i opowiadać…

    Niestety stadko zdewastowało mi świeżo co zasiany trawnik. Kury mają to do siebie – to informacja dla tych, którzy może nie wiedzą – że lubią grzebać. A moje liliputy są pod tym względem wybitnie uzdolnione. Co do cholery można wygrzebać w styczniu? Robaków nie ma, ziemia zmarznięta, na wierzchu trochę śniegu…a one grzebią.

    Widzę, że cierpliwość mojej rodziny się kończy. Kiedy słońce zaczyna się przenosić na zachodnią stronę i oświetlać taras syna, liliputy przenoszą się właśnie tam. I srają. No i to pianie. Kiedy wracam wieczorem do domu, podchodzę do brzózki i mówię – cześć, jak się macie – koguty zaczynają piać na potęgę. Nie o jakiejś tam piątej rano, tylko wieczorem o ósmej. Pieją na okrągło przez cały dzień. Żeby jeszcze piały w dzień, i świcie już nie wspomnę, bo koguty powinny witać nowy dzień, no, powiedzmy też wieczorem, ale żeby drzeć dziób o północy? Wystarczy, że przejedzie jakiś samochód na ulicy… Jak można tak się drzeć się na okrągło? Niepojęte. Na razie sąsiedzi nic nie mówią, ale pewnie cierpliwość powoli też się im skończy.

ImageImageImage 

   

 

 

 

 

   

 

 

    Moi najbliżsi nigdy nie używali tego typu słów powszechnie uznawanych za wulgarne. A obecnie używają, bo są… a d e k w a t n e.

    Czy dni liliputów są policzone?

    Czy znajdą swoje miejsce w moim ogrodzie?

    Brzózka jest jedynym w miarę dużym drzewem, które zastaliśmy na ponad półhektarowej działce. Kiedyś było tu szczere pole, dzisiaj już rosną pierwsze krzewy i byliny. Są tu niewielkie jeziorka, rabaty, wysypane żwirem ścieżki…Na naszą działkę już kilka razy zawitała ekipa TVN. Powstaje program, gdzie dokumentowane będą fazy powstawania pięknego, zaprojektowanego przez jednego z najlepszych architektów krajobrazu ogrodu.

    Dotychczas mieszkaniem liliputów były chłopskie, często pełne kup gnoju gospodarstwa, gdzie nikomu nie przeszkadzało to, że kury srają gdzie popadnie, bo to sranie było częścią wieśniaczego bytu. Jeszcze nie tak dawno na białostockich wsiach nie było wychodków, srało się za stodołą, a nie do pomyślenia było zrobić sracz w domu, no bo kto by tam „obsrywał własną chałupę?” Skąd to wiem? Ano wiem, bo moi przodkowie pochodzą ze wschodnich kresów – właśnie z białostocczyzny. Dzisiaj w każdym nowym domu już lśni w ubikacjach glazura, a obejścia pełne do niedawna taplających się w błocie świń i kaczek obsadzane są krzewami ozdobnymi i obsiewane trawnikami. Tam już nie ma miejsca dla liliputów.

    Potężny cios hodowli kur ozdobnych zadała ptasia grypa, ten medialny potworek, a nawet potwór, który podstępnie jak rak zaczął wdzierać się każdego kurnika. Ludzie chcą się bać, a influenza została im podana na tacy. Niby sąsiedzi zdają sobie sprawę z groteski tej choroby, która istnieje od niepamiętnych czasów a jednak donoszą do stosownego urzędu, że ktoś tam nie trzyma kur w zamknięciu. W Tajlandii w jednym z lokalnych związków jeszcze dwa lata temu należało ponad czterystu członków, dzisiaj zostało niewiele ponad stu.

    Ptasia grypa…

    Każdemu z nas cknią się, jak nie mazowieckie, pełne rosochatych wierzb równiny, to roztoczańskie przydrożne kapliczki. Ubolewamy, że ten świat nieuchronnie odchodzi, a wraz nim odchodzą mieszkańcy tamtego świata. Jest nam smutno, że liliputy czy czubatki staropolskie, nieodłączny element polskiego krajobrazu, niedługo zostaną jedynie wspomnieniem – takim mamutem przeszłości.

ImageImageImage 

   

 

 

 

 

    

 

 

    Przez całe wieki liliputy, podobnie jak i czubatki staropolskie, przystosowywały się do panujących warunków. Nie straszne im były mrozy, zamiecie i zawieje, przetrwały wojny, wiejską biedę, siekiery gospodarzy, potrafiły obronić się przed jastrzębiami i lisami…

    A teraz co, mają, ot tak, po prostu zniknąć?

 *  * *

 

    Można je oczywiście zamknąć w wolierze, tylko czy będą w niej szczęśliwe? Od wieków przyzwyczajone do swobody, zawsze chodzące swoimi ścieżkami, niezależne, swobodne i na pół dzikie – po prostu wolne. Dzisiaj szukają swojego miejsca. Czy go znajdą?

    Na razie ich światem jest brzózka…

    Na jak długo?

Poprawiony: środa, 16 stycznia 2008 17:16