wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

serdeczny kalendarz
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 5014 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
poniedziałek, 11 lutego 2008 13:42
    Wróciłem właśnie z Muzeum Plakatu w Wilanowie, gdzie kalendarz „Mityczne kury” zdobył jedną z głównych nagród – został wyróżniony za najlepszą jakość druku w największym w Polsce i bardzo prestiżowym konkursie „Vidikal 2008” Zupełnie się tego nie spodziewałem, Liczyłem bardziej, że dostanie doceniona kreatywność, pomysł, zdjęcia albo projekt graficzny, a tu  j a k a ś  nagroda za druk.

   Ten kalendarz i ta nagroda zmusiły mnie do zastanowienia, dlaczego coś robimy, a czegoś nie. Jakie są nasze motywacje? Czy tworzymy jakieś dzieło dla pieniędzy czy dla sławy? O w jaki sposób powinniśmy komunikować innych o swoich sukcesach?

   Mam chęć trąbić na cały świat, że wyszła nam wspólnymi siłami w redakcji wspaniała rzecz i chciałbym się tą radością podzielić ze wszystkimi. I ciągle muszę się hamować – przecież to opowiadanie o sukcesie zostanie źle przyjęte. Dochodzi do tego, że głupio mi jest za swój sukces, a nawet się go wstydzę. To już jakaś paranoja – wstydzić się z sukcesu.

 

    Ta nagroda to jedna z tych rzeczy, które przychodzą niespodziewanie i o które początkowo nie dbałem. Trochę już tych nagród moja firma zdobyła i trochę traktuje je jak coś normalnego. Zdarzało się, że dostawałem kolejne wyróżnienia na wystawach ptaków - polskich i zagranicznych - talerze, pamiątkowe wazy, statuetki i takie tam różne inne. Nie mam ich stałej ekspozycji, nie zajmują mi regału, nie wieszam ich na ścianach. Jeden puchar tu drugi tam, a ostatnio odkryłem jeden taki nie rozpakowany z holenderskiej wystawy ciepnięty gdzieś w kącie. Pucharów nie traktuję jak generalskich odznaczeń, których nie może udźwignąć żołnierski mundur. Nie jeżdżę na wystawy jak na wojnę tylko dla  s p r a w y.  

    Tak było też w przypadku tego kalendarza. Do wzięcia udziału w „wyścigu” namówili mnie pracownicy.

    – Szefie – powiedzieli – wyszło coś fajnego, a może mamy jakąś szansę…?

    Tylko w jaki sposób zakomunikować o sukcesie?

    W Polsce to duży dylemat, bo u nas raczej idolem jest ponury typ, który na wszystko narzeka, ma pretensje do całego świata, że w ogóle żyje. Człowiek osiągający sukces wydaje się od razu podejrzany i nagle wokół niego pojawia się nagle iluś tam wątpiących, jeżeli nie wrogów. No i na takiego gościa śledzi się krok po kroku, co robi, a nie daj boże coś tam mu się wyrwie…Wielokrotnie uświadamiałem sobie, jak dużo czasu tracę na opędzanie się, odszczekiwanie, tłumaczenie się, przejmowanie, zamiast to wszystko olać i robić swoje?

     - Ma forsę, to se jeździ…

     - To na naszych prenumeratach tak się dorobił…

     - Ma układy…

     - Uczciwego na coś takiego nie stać…

    Dlaczego on w ogóle powstał?

    Jestem zafascynowany kulturą japońską i samymi Japończykami – ich tradycją, pewnym pogodzeniem się z zewnętrznym światem i filozofią myślenia. Latałem do Azji wielokrotnie i nadal będę latał, aby poznawać ludzi, dla których kury nie są tylko produktem na rosół i dostawcami jajek. Tam życie rodziny splata się niejednokrotnie z życiem koguta shamo, a onagadori jest symbolem czegoś pięknego i nieprzemijającego, chabo natomiast, te przepiękne chabo…to jak kawałek własnego pulsującego serca…

   Image

    Napisałem do Japończyków list. Przetłumaczyłem go nawet na język angielski, niemiecki, no i co się rozumie, japoński. Napisałem w nim:

    Trzymacie w ręku kalendarz, który jest moim hołdem na Waszą cześć. Jest to podziękowanie za Waszą gościnność i serce, które okazaliście przybyszowi z dalekiej Polski. Niewielu dotychczas Europejczyków miało zaszczyt usiąść z Wami przy wspólnym stole, pić z Wami japońską herbatę, wznieść toast za pomyślność przy pomocy sake oraz nocować w Waszych japońskich domach. (…)

    Zauważcie, że grafika tego kalendarza nawiązuje do japońskiej flagi. Na trzynastu planszach zamieszczonych jest trzynaście ras. Każdemu hodowcy przyporządkowana została jedna kura, którą hoduje i której zdjęcie zrobiłem osobiście podczas moje wizyty.

   ImageImageImage

 

    Kalendarz kosztował niemało. Sam druk kilkanaście tysięcy. Wysyłka do Japonii również. Każdy hodowca dostał po dwadzieścia sztuk, co miało swoje przełożenie na kilogramy, a te niestety na dosyć pokaźną cenę – dwa tysiące dolarów. Dodatkowo każdy z prawie tysiąca prenumeratorów dostał kalendarz za darmo, co też przecież kosztuje.

    Czy o tych kosztach warto powiedzieć, czy przemilczeć?

    Jeżeli wypomni się czytelnikom, że coś tam ileś kosztowało, jak mogą się oni poczuć? Wiele osób nie stać na zagraniczne wyprawy. Czy ktoś  funduje komuś obcemu takie drogie prezenty, jakie ja zrobiłem. Jaki cel może być facet, który zamiast kupić coś pożytecznego, praktycznego, co przyniosłoby może jakiś zysk, wywala kupę kasy na jakąś zachciankę? To wydaje się kompletnie niezrozumiałe. Ale także może zostać odczytane jako prowokacja. Szafowanie ile tam kosztuje wysyłka, obnoszenie się ze swoim gestem – czyż to nie szpanerstwo?  Może będą i podziwiać, a może zazdrościć tych wszystkich zagranicznych wojaży, ale pewnie poczują się też gorsi i pomyślą sobie – ale facet się popisuje i chce nam pokazać, że jest lepszy od nas. Żeby Se kupił jakiegoś Merca albo Beemkę, to co innego, bo to jest normalne, ale zrobić kalendarz…?

    A ja jeżdżę dziesięcioletnią rozlatującą się Laguną.

    Dlaczego przygotowywałem ten kalendarz?

    Byłbym hipokrytą, gdybym nie przyznał, że przygotowywałem go wspólnie z redakcyjnym grafikiem, Rafałem Kozaneckim, też i dla siebie… tak, właśnie, dla siebie, bo czasami trzeba się z czegoś drobnego ucieszyć. Prawie półroczna praca nad nim, wielokrotne testowanie różnych jego wariantów, dobieranie zdjęć, sprawiły mi wiele zwykłej ludzkiej radości. Ale w żadnym wypadku dlatego, bo byłem pazerny na nagrodę i błysk fleszy, chociaż te też są bardzo miłe…

    Ten kalendarz przygotowywałem więc całym sobą, i bezustannie drżałem w niepewności, jak go przyjmą moi Japońscy znajomi, a trafiłem do najlepszych, najbardziej renomowanych hodowców, jakich tylko można sobie wyobrazić, których poznanie dla wielu europejskich kolegów byłoby nie lada zaszczytem. Zastanawiałem się też, czy to, co chciałem przekazać za pomocą tego kalendarza, będzie czytelne dla ludzi z innej części globu i czy zrozumieją jaką historię chciałem opowiedzieć za pomocą zdjęć i grafiki osobom z zupełnie innego, azjatyckiego, kręgu kulturowego. Jednym słowem czy produkt będzie uniwersalny? 

     ImageImageImage

    Dlaczego przygotowywałem ten kalendarz?

     Szczerze mówiąc rozczarowała mnie nagroda za druk, liczyłem, że zostanie zauważone to, co było moim przesłaniem przy jego pracy, a więc wymiar jego wielokulturowości, uniwersalność, dobra grafika i piękne zdjęcia. Kiedy nieopatrznie chlapnąłem tym swoim niezadowoleniem w kuluarowych rozmowach z kolegami drukarzami wywołało to pewnego rodzaju konsternację. Hanna Bakuła, malarka, członkini jury, wykrzywiła się.

     – Niech tak nie narzeka… bo grzeszy...

     Przecież w tym wyścigu wzięło udział 211 prac, za którymi stało ileś tam znakomitych drukarni z całej Polski…a nagroda za najlepszy druk była tylko jedna, to jeden z najbardziej prestiżowych konkursów w branży poligraficznej. O takiej nagrodzie marzy wiele firm, a tu koleś marudzi…głupek jeden!

   ImageImageImage

 

    Dlaczego więc wydałem ten kalendarz…?

    Dzisiaj odbierałem w Wilanowie nagrodę. Ale dzisiaj też dostałem pierwsze podziękowania od moich japońskich – teraz już wiem – przyjaciół. Pan Godo prosił o przekazanie mi, że to dzieło z jego zdjęciem będzie w jego domu klejnotem rodzinnym. Pan Sameshima, legendarny hodowca satsumadori z Kagoshima, mający obecnie prawie 90 lat powiedział, że kalendarz zabierze ze sobą do grobu.

    A to dopiero pierwsze reakcje.

   ImageImageImage

 

    Odpisałem im, że ten kalendarz robiłem po to,  aby usłyszeć tych kilka pięknych słów, które są dla mnie więcej warte niż tony złota i jakiekolwiek nawet największe nagrody.

                                                                          Kazimierów 7 luty 2008 rok

     Przypisek.

     Powyższy zbiór refleksji napisałem pod wpływem chwili, wieczorem, tuż po powrocie z uroczystości wręczenia nagród. Jeżeli czekałem kilka dni z jego opublikowaniem to tylko dlatego ponieważ mówienie o swoich radościach, a zwłaszcza sukcesach jest w Polsce fatalnie postrzegane. Bardzo przepraszam za to, że się zwyczajnie, po ludzku, cieszę. Przepraszam też w imieniu Japończyków, że się ze mną również cieszą. Niestety po raz kolejny zaprosili mnie do odwiedzenia swojego kraju. I niestety im nie odmówię...

                                                                        Kazimierów 11 luty 2008

  
 

                                                                          

   

 

  


Poprawiony: niedziela, 23 marca 2008 07:39