wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

yakuza i shamo
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 7532 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
czwartek, 21 lutego 2008 22:40

Czy jesteś, Drogi Czytelniku, hodowcą shamo, tego króla wśród wszystkich bojowych ras? A może hodujesz inne japońskie rasy? Jeżeli tak to co możesz powiedzieć o swoich kurkach? Czasami dużo. Potrafisz opisać precyzyjnie odmiany barwne, dziób, postawę wzorzec…

Mnie też się wydawał, że dużo wiem. Tak naprawdę jednak dotychczas miałem – i nadal mam - jedynie mgliste pojęcie  o swoich skarbach. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że brakuje  mi wiedzy, bo taką już mam. A więc czego? Tego „czegoś” – mogę jedynie powiedzieć ogólnikowo. Shamo bowiem, to nie tylko kilogramy, punkty, barwa piór, wystawy, ale shamo to przede wszystkim to „coś”, czego nie zawsze można opisać słowami. W jednym z numerów Woliery opublikowaliśmy obszerny materiał poświęcony właśnie tej rasie. Wydawało nam się wtedy w redakcji, że temat został wyczerpany i nieprędko do niego powrócimy. Zycie jednak pisze nieprawdopodobne scenariusze. Przeczytaj uważnie moją relację z bardzo ciekawego spotkania, jakiego miałem szczęście doświadczyć. Może więcej zrozumiesz, tak jak ja zrozumiałem.

 

Wyczułem, że odwiedzimy kogoś „innego” już na dworcu Kokura.

- Pan Hiroyoshi będzie punktualnie o dziewiątej, nie spóźnij się.

Zazwyczaj właśnie na dworzec przyjeżdżali osobiście hodowcy, którzy mieli się opiekować przez cały dzień. Pan Fujitani na przykład zjawił się zdezelowanym samochodem dostawczym, Pan Maekawa oraz Imamura autami osobowymi. Wyglądali - jak by tu powiedzieć – normalnie. Jestem wśród swoich, myślałem sobie.

Tym razem było inaczej. Na tymczasowy postój zajechała prawdziwa czarna limuzyna z przyciemnianymi szybami i białymi firankami. Białe wykładziny były też na siedzeniach i pod stopami. Z środka wyszedł nienagannie ubrany, w białych rękawiczkach…kierowca pana Hiroyoshi, otworzył drzwi.

– Szef czeka na panów w firmie.

Siedzący mnie obok mój tłumacz Kuichi Kuyama miał nietęgą minę.

On już wiedział!

Podczas prawie półgodzinnej jazdy wymieniliśmy trochę uprzejmych zdań, nic szczególnego – że maj w tym roku bardzo chłodny, ledwo 25 stopni.

Na miejscu przywitał nas bardzo elegancki, chociaż ubrany w stylu „codziennym” i sportowym mężczyzna powyżej czterdziestki. Od razu zauważyłem szczególne stosunki, jakie łączyły go z podległymi pracownikami. Mówił tonem nie znoszącym sprzeciwu, ojcowskim, chociaż łagodnym. Jednego z nich po prostu bez ogródek zrugał. – Czy ty potrafisz chociaż raz dobrze coś zrobić? Winowajca nie podejmował w ogóle dyskusji, wycofał się tyłem w stronę drzwi. Do pokoju, w którym rozmawialiśmy co rusz jednak ktoś wchodził bez zbędnych ceregieli. Nikt nie pukał do drzwi, nie mówiąc już o sekretarce broniącej dostępu do szefa. Panowały tu stosunki rodzinne, chociaż od razu było wiadomo kto jest panem i władcą.

Pan Hiroyoshi zajmuje się zagospodarowaniem odpadów, na zlecenie miasta sprząta ulice. Prócz tego jest firma budowlana, trochę ogrodnictwa…

Właśnie – ogrodnictwo.

Piękny ogród pana Hiroyoshi to znakomite miejsce na fotografowanie, tym bardziej, że pełno jest japońskiej symboliki, którą przybyszowi z zewnątrz trudno jest zauważyć. Ot choćby ogrodowe trzy małpy – jedna z nich nie widzi, druga nie słyszy, a trzecia nie mówi. Zwiedzam rząd imponujących pawilonów kurników, gdzie trzymane są wyłącznie kury bojowe – shamo, ko shamo oraz yamato gunkei. Cztery z nich są usytuowane na planie czworoboku i symbolizują cztery strony świata.

- Jak wszechświat…

Każdy kurnik nosi swoją nazwę, tu pokój wiśni, a tu pokój nieba…W każdym pokoju na honorowym miejscu wiszą „święte reliefy”, które w japońskich domach zawsze zajmują wyjątkową pozycję. Są na nich pejzaże, wizerunki zwierząt, legendarnych smoków. Jeżeli już nasuwa się jakieś porównaniu to do umieszczonego w polskich domach nad drzwiami chrześcijańskiego krzyża lub obrazu Matki Boskiej. Reliefy, czarna madonna w japońskich czy polskich domach, ale żeby krzyż powiesić w kurniku?

Image Image
ojciec pana hiroyoshi
Image Image
pokój pełen pamiątek
Image Image
kogut na tle pomnika na cześć poległych kogutów shamo

 

Największe jednak wrażenie robi wykupy w litej skale pomnik ze złotymi napisami, który Pan Hiroyoshi ufundował wraz ze swoim, obecnie siedemdziesięcioletnim ojcem – pomnik na cześć poległych w walce kogutów shamo.

- Czy chcesz obejrzeć walkę? – słyszę.

Niewielu jest Europejczyków, którym dane było oglądać walkę kogutów shamo w naturalnej japońskiej scenerii. Nie udało mi się to podczas mojego poprzedniego pobytu w centralnej części Japonii, gdzie o nielegalnych walkach mogłem jedynie „słyszeć szeptem”. Fotografowałem shamo, ale już o zorganizowaniu walki nie mogło być mowy. Hodowcy, których wtedy odwiedziłem z ożywieniem – oczywiście po pewnym okresie czasu gdy zostały przełamane lody nieufności – i gorąco dyskutowali. Proceder nielegalnych walk kwitł aż miło. Kary są po to by je płacić, o ile ktoś został przyłapany, zakazy i paragrafy nauczono się omijać. Prawo prawem, a japońska tradycja tradycją.

Image Image Image Image Image Image

Tu, na najbardziej położonej na południu wyspie Kiusiu, sytuacja była zgoła inna. Być może z uwagi na znaczny izolacyjny charakter tutejszych mieszkańców, którzy uchodzą za zamkniętych w sobie i hermetycznych, a także ze względu na usytuowanie tej części Japonii niejako na uboczu o walkach kogutów nikt nie mówił półgłosem. Co więcej, pomimo tego, że w Japonii obowiązuje to samo prawo, to ma Kiusiu interpretowano je „inaczej”, po swojemu. A pan Hiroyoshi jest tej interpretacji klinicznym przykładem.

Wróćmy jednak do samej walki.

Arena usytuowana jest w centralnym punkcie budynku, coś w Europie nazwać by można holem. Ma średnicę niespełna trzy metrową i jest o wiele mniejszą niż te, które spotyka się w innych częściach kraju. Całość robi wrażenie okrągłego mini amfiteatru mogącego pomieścić co najmniej pół setki mężczyzn. Z każdego punktu jest tu doskonała widoczność.

Walka trwa zazwyczaj  od 75 do 90 minut w zależności od tego czy jest tylko sparingiem czy głównym spektaklem. Naprzeciw siebie stają – co może trochę dziwić – nierówni sobie przeciwnicy. Koguty defensywne nazywane są różnie w różnych częściach Japonii – shitadori, shitamedori, ukedori a także (pan Hiroyoshi używa tej nazwy) tsukedori. Natomiast ofensywne to uchidori, uwamedori, buchidori oraz uwadori. Większy kogut zarówno na początku jak i na końcu walki ciągle atakował starając się cały czas zadać decydujący cios dziobem od czasu do czasu jedynie wykonywał efektowny wyskok starając się zadać cios nogami. Natomiast nie widziałem, aby kogut defensywny choć jeden raz zaatakował. Nie uciekał jednak, cały czas dzielnie stał na wyprostowanych nogach, od czasu do czasu jedynie chował głowę pod skrzydło przeciwnika. Walka, którą obserwowałem trwała prawie półtorej godziny i zakończyła się w momencie, w którym kogut defensywny po prostu usiadł.

Image Image Image Image Image Image

 

Był to dla mnie zadziwiający spektakl. Cały czas zastanawiałem się, co takiego interesującego dla Japończyków jest w tym w sumie nudnym przedstawieniu. Walka przypominała maratońskie zapasy i była bardzo monotonna. Oto kogut ofensywny cały czas atakował, a kogut defensywny…unikał ciosów. Przez tak długi czas koguty ani chwili nie odpoczywały. Podczas walki zdążyłem zrobić mnóstwo rzeczy. Kilka zdjęć. Rozmowa. Kilka zdjęć. Zwiedzanie kurników. Znów kilka zdjęć. Obiad. A koguty ciągle w tym czasie walczyły. Żeby jeszcze widzowie, tak jak tego należałoby się spodziewać, okazywali jakiekolwiek emocje...? Nic podobnego – cały czas zachowywali spokój.

Ten spokój to jednak pozory…

Mogłoby się wydawać, że ambicją japońskich hodowców jest stworzenie jak największego i potężnego shamo. Nic bardziej błędnego. Owszem w niektórych częściach kraju, głównie na północy, hoduje się duże, dochodzące do siedmiu kilogramów wagi koguty, nie są one jednak w ogóle używane do potyczek. Co więcej – są zazwyczaj pogardzane. Powód jest prosty – te shamo „słonie”, jak ich się nazywa, mało zwrotne i ociężałe nie miałyby żadnych szans z o połowę mniejszymi ale za to zadziornymi i niezwykle wytrzymałymi jak na tak długą maratońską walkę, a co najważniejsze „inteligentnymi” kogutami. A już najbardziej mądre są koguty z Kiusiu – tak przynajmniej uważa Hiroyoshi.

Image Image
najbardziej waleczne i wytrzymałe nie są wcale du że shamo
Image Image
kurniki pana hiroyoshi
Image Image
zwycięzca w walce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Nie jeżdżę po kraju. Ale Ci co do mnie przybywają mówią, że mam największy kurnik w całej Japonii. Moje koguty nie są duże, ale mają w sobie wielkiego ducha walki i dlatego bardzo często wygrywają. Wieść się niesie po całym kraju – wygrał kogut z Kiusiu. I tak jest w Osace, Tokio, na Sikoku… Wszyscy chcą mieć koguty z Kiusiu. A jeżeli nie same koguty to przynajmniej jajka kogutów z Kiusiu. Moich kogutów. Nie jest sztuką wyhodować wielkiego koguta, sztuką jest wyhodować takiego, który myśli.

- Kogut myśli?

- Tak jak jego pan, bo sama walka to w gruncie rzeczy nie tylko pojedynek samych kogutów ale ich właścicieli. Walka mózgów, gra umysłów…

Podczas wizyty u Pana Hiroyoshi zadawałem sobie pytanie, jak to jest możliwe, aby w sporym mieście, oficjalnie mogła odbyć się – co prawa pokazowa ale zawsze – walka? Arena wcale nie była usytuowana w podziemiach domu ale całkiem jawnie?

- Obowiązuje oficjalny zakaz walk kogutów? – dziwiłem się.

- Jesteśmy instytucją badawczą. Naszą ideą jest doskonalenie w hodowli najsilniejszej i symbolicznej dla Japonii rasy – shamo. Jeżeli organizujemy walki – tak jak na przykład tę, którą miałeś okazję obserwować – to nie dla hazardu ale w celach badawczych.

Owszem czasami hodowcy rywalizują ze sobą, wnoszą zakłady, ale pan Hirojoshi nie ma z tym z nic wspólnego – on po prostu jedynie udostępnia miejsce i pośredniczy. Niektórzy organizują walki w podziemiu, w górach. A on to zalegalizował i robi przetargi…

- A co na to policja?

- Policja również uważa to miejsce za placówkę badawczą, która pielęgnuje to co jest dla nas bardzo cenne – kulturę japońską.

- Opowiedz mi coś więcej o Waszej kulturze?

- Ja jestem kultura japońska…

Oniemiałem. Pan Hiroyoshi bez żadnych ceregieli zdjął najpierw górną część ubrania.

- Czy chcesz zobaczyć więcej?

Nie odpowiedziałem. Pytanie było retoryczne. Któż by nie chciał zobaczyć więcej. Mój gospodarz rozebrał się praktycznie do slipek. Tam nie było wolnego skrawka ciała bez tatuażu. Pierś, plecy, ręce, uda, łydki – pokryte były tatuażami.

- Jakuza – jęknął mój tłumacz Koichi Kuyama.

- Proszę się nie bać, nie jestem taki groźny – zareagował Hiroyoshi widzą reakcję Koichi…

Bardzo interesujący wydał mi się sam stosunek Japończyków do Jakuzy. Jeszcze przed wyjazdem do Japonii zapytałem listownie Imamurę, czy może mi pomóc w przewozie jajek, odpowiedział mi krótko i bez ogródek – nie, bo zabrania tego prawo. Dwukrotnie odwiedził Europę i ani razu nie przywiózł jajek, chociaż wiedział, że dla jego tutejszych przyjaciół była to doskonała okazja do uzupełnienia zapasów. Pomagał Europejczykom organizować jajka ale zawsze stał niejako z boku tego procederu i w pewnym sensie dystansował się od niego. Pewien wpływ miał zapewne tu fakt, że zajmował on eksponowane stanowisko w urzędzie miejskim Kumamoto w departamencie ochrony środowiska, ale chyba przeważało co innego – był po prostu człowiekiem prawym, zasadniczym i denerwowały go wszelkie pokątne kombinacje. Postawił też sprawę jasno do przyszłej współpracy.

– Załatwcie w końcu te wasze importy legalnie.

Natomiast w tym przypadku pana Hiroyoshi, doskonale wiedząc oczywiście kim on jest, sam zadzwonił do niego, czy nie zechciałby mnie przyjąć, a więc było dla niego czymś oczywistym i naturalnym, że poznam kogoś tak ciekawego.

Zupełnie inaczej natomiast na słowo Jakuza reagował Koichi Kuyama. Był autentycznie przestraszony – po prostu, po ludzku, bał się.

- To tylko epizod – starałem się go pocieszyć – przecież w gruncie rzeczy to ja jestem tutaj głównym aktorem tego spektaklu, to mnie gości Jakuza a Pan jest tylko skromnym tłumaczem. Dla mnie to niezmiernie ciekawa sprawa i sądzę, że moja wizyta byłaby nieporównywalnie mniej ciekawa bez tego. Powiem więcej – w zupełnie innym świetle będę teraz patrzył na Waszą hodowlę kur nie mówiąc już o samym shamo.

- Ale on ma mój telefon – nie dawał za wygraną Koichi.

- No to go pan zmieni…

Do dzisiaj nie wiem czego bał się mój opiekun. Czy faktu, że kiedyś zadzwoni do niego Pan Hirojisji z jakąś „prośbą”, a jak wiadomo Jakuzie się nie odmawia? Może bał się w ogóle tego, że będzie kojarzony z gangsterem. Ktoś kto bowiem nawiązuje kontakty z kimś takim wpada w „to” po uszy i już nie ma później innego wyjścia, jak do końca życia babrać się w tym gangsterskim bagnie. A on był w końcu poważnym tłumaczem literatury polskiej i japońskiej. A może wpływ miał też zapewne fakt, że Koichi był w jakimś tam stopniu już zeuropeizowany. Studiował w Polsce i na gangsterski proceder patrzył naszymi oczyma.

Nie ukrywam, że Jakuza wciągnął mnie bez reszty. Podczas wszystkich innych wizyt w japońskich hodowców nawiązywałem do tego tematu. Okazuje się, że Jakuza to „naturalny” element japońskiego krajobrazu - jak drzewo czy góra Fuji. Różne uroczystości organizowane przez Jakuzę jak zjazdy, pogrzeby, śluby, czy choćby wystawy kur, które są niekiedy w dużej mierze finansowane przez japońskich gangsterów maja jak najbardziej legalny a nawet oficjalny charakter. Przychodzą na nie miejscowi burmistrzowie miast, bardzo ważni urzędnicy bardzo ważnych ministerstw. Co więcej – Pan Hirojoshi z dumą opowiadał mi o nagrodzie premiera, jaką dostał jeden z jego kogutów shamo.

Oczywiście jest pewna sfera działalności Jakuzy, choćby przemysł narkotykowy czy hazard, mające charakter przestępczy. Jakuza „opiekują się” też prostytutkami, domami schadzek, wesołymi teatrzykami, gabinetami masażu czy nawet ochraniają restauracje lub bary szybkiej obsługi przed innymi Jakuza. Same jednak gangi działają półlegalnie lub nawet legalnie i nie są zwalczane przez wymiar sprawiedliwości.

„Japońskie gangi to nie amerykańskie syndykaty zbrodni – jak pisał Jan Widacki w swojej książce „Plamy na wschodzącym słońcu”. – Jest w nich coś z sycylijskiej mafii, coś z masonerii, coś z konserwatywnej partii politycznej, konfederacji zawiązanej dla ochrony dawnych tradycji, zwyczajów i wartości, a zarazem coś z nowoczesnego koncernu i przestępczego podziemia zarazem. Obowiązuje w nich własna ideologia, moralność, ba, nawet skrupulatnie przestrzegane kodeksy postępowania ”. I dalej. „Uroczystość przyjęcia nowego Jakuza nosi nazwę „aktu złączenia”. Jest to złączenie z gangiem, który stanowi nową rodzinę Jakuza. Wewnątrz gangu panują – jak w rodzinie – stosunki patriarchalne i ściśle określona, bezwzględnie przestrzegana hierarchia. Jeszcze bardziej wyraziście niż w innych grupach społecznych, w gangu relacje szef-podwładny mają charakter rodzinny i ściśle są wzorowane na relacji ojciec-syn. Cała struktura gangu przypomina strukturę wielopokoleniowej rodziny japońskiej. Tu także, jak w rodzinie, „bracia” nie są sobie równi, ale obowiązuje wśród nich hierarchia starszeństwa.”

O panujących wśród Jakuza stosunków świadczy choćby jeden z epizodów, jaki miałem okazję zaobserwować tuż przed odjazdem.  Dałem mianowicie panu Hirojoshiemu do zrozumienia, nie mówiąc oczywiście wprost, że bardzo podobają mi się jego koguty.

– Byłoby wspaniale gdyby i w Europie jakoś rozpropagować samurajskiego ducha walki, jakim charakteryzują się wyjątkowe koguty z Kiusiu.

Mówiąc wprost poprosiłem go o jajka shamo. Sam nie hoduję i nie zamierzam na razie hodować shamo. Przeprosił mnie na chwilę. Wyszedł z pokoju spytać się swojego 75-letniego ojca o zgodę. Z całą pewnością nie musiał tego robić. Jego, siedzący na wózku inwalidzkim, niewiele mówiący ojciec, otoczony, jak zdążyłem zauważyć wielkim szacunkiem, skinął jedynie głową.

Jaka jest geneza powstania zjawiska określanego jako „Yakuza”? Sięga ona ery Edo, a więc gdy dziedzicznie Japonią rządził klan Tokugawa.

„Słynni Jakuza, wtedy bardziej rozbójnicy niż gangsterzy - przywołajmy tu jeszcze raz Jana Widackiego -  tacy jak na przykład Kunisada Chuci (1810-1850) czy Shimizu no Jiroho (1820-1893) są do dziś bohaterami licznych dzieł literackich i filmów, które akcentują ich rzekomo szlachetne pobudki działania, opiekuńczość wobec słabych, przeciwstawianie się niesprawiedliwości i okrucieństwu bogatych. Przypomina to przygody angielskiego Robin Hooda czy naszego Janosika.

Ten wyidealizowany i niezupełnie zgodny z prawdą historyczną obraz ostatnich rozbójników czy może pierwszych gangsterów, przedstawia ich jako reprezentantów tradycyjnych wartości staro japońskich, którzy swój świat wartości i swoje życie opisywali jako „ninkyo-do” – drogę rycerskości.”

W erze Edo ku schyłkowi miał się świat samurajów; coś bezpowrotnie mijało, z ich strojami, zasadami rycerskości, wierzeniami i kultem. Część z nich wyrzucona na margines społeczeństwa tworzyła własne organizacje, takie właśnie jak Jakuza. Niewiele jest warty klan bez sztandaru, symboli. Tak jest zresztą zawsze w przypadku tworzenia jakiejkolwiek porządnej struktury, nie tylko Jakuza. Miałem możliwość osobistego uczestniczenia przez prawie trzy tygodnie jako dziennikarz w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Prawie natychmiast pojawiła się sławna flaga i namalowany odręcznie napis „Solidarność”. Dzisiaj bez tych związkowych ikon trudno wyobrazić sobie nie tylko samą  „Solidarność” ale i Polskę.  A jednym z takich symboli w przypadku Jakuza jest waleczny kogut shamo.

Tak, tak, kochani hodowcy, shamo to w Japonii jeden z symboli Jakuzy.

- Ktoś kto organizuje walki nie oznacza wcale, że jest rządny krwi, zły.

Jeżeli robotnik ma wielkie mięśnie, czy to oznacza, że nie ma dobrego serca? My, podobnie jak i koguty, hartujemy się w walce. Kwiat i smok. Delikatność i twardość.

Image Image Image Image Image Image

 

Hiroyoshi pokazuje na wiszący w pokoju, w którym rozmawiamy namalowany na płótnie ich przesłanie. Górny napis oznacza serce, a dolny towarzystwo. Jak zwykle w przypadku Japonii mamy do czynienia z grą słów. Można to podsumować następująco: Towarzystwo, które jest ze sobą powiązane (bardzo intensywnie) sercem.

Znakiem firmowym, swoistym wyróżnikiem, Jakuzy są tatuaże. Wszystkie z nich za motywy mają japońskie symbole. Smok, tygrys, jastrząb a nawet ryba. Kwitnące wiśnie i róże uzupełniają listę. Jakuza nigdy nie nosi tatuaży wykonanych maszynowo. Poddawanie się ręcznemu tatuażowi, który jest nieporównywalnie boleśniejszy cechuje głęboka logika.

- To znak hardości, wytrzymałości na ból. Dla mnie tatuaż nie jest symbolem mafii lecz dowodem na męskość. Shamo też musi dużo wytrzymać podczas walki. I tak samo jak kogut nie chcę przegrywać. Uczę się od shamo, chcę mieć serce walecznego wojownika, zwycięzcy. Nie zamierzam robić wielkiej kariery, mnie interesuje pęd, walka.
Image Image Image Image Image Image
U Pana Hiriyoshi spędziłem cały dzień. Początkowo spotkanie traktowałem jako sporą atrakcję. Ilu Europejczyków ma okazję wieść swobodną pogawędkę z prawdziwym japońskim Jakuzą? Przed kim Jakuza rozbiera się do slipek? Sam gospodarz przyznał, że żona i córka rzadko widują go rozebranego a co dopiero jakiś obcy. I ta reakcja kierowcy, który wszedł wtedy przypadkiem do pokoju – stanął osłupiały, no proszę, goły szef…Przed samym jednak odjazdem zaczynałem jednak rozumieć tego człowieka, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie popełnił żadnego przyjętego w miejscowej społeczności czynu uznawanego za przestępczy. Otworzył się przed zupełnie obcym człowiekiem, Polakiem, bo potrzeba wyrzucenia z siebie nagromadzonych emocji była silniejsza niż wewnętrzne opory.

- Świat kur, świat shamo, świat walczących kogutów, świat samurajów – podsumował Imamura, gdy powiedziałem mu, że zależy mi na jego opinii. – Kiedyś samurajowie walczyli między sobą ale jak przyszły czasy pokojowe musieli jakoś dać ujście swojej potrzebie walki. Wtedy zamiast nich zaczęły walczyć koguty. Hodowcy japońscy ewoluowali przez całe stulecia, prowadzili cierpliwie swoją pracę tak długo aż stworzyli z hodowli element kultury, to już jest filozofia…Podobnie ewaluowali samurajowie, którzy stawali się autorytetami bez walki, zaczynali odnosić zwycięstwa nie wyciągając miecza. Im więcej ma wytatuowanych części ciała tym większy respekt budzi u przeciwników. Wielka sztuką jest zwyciężyć bez walki.  To ideał piękna samuraja. To jest piękne.

W każdym człowieku drzemie trochę dobra i trochę zła. Z całą pewnością nie miał wpływu na to czy zostanie Jakuzą. On po prostu kontynuował rodzinna tradycję i starał się robić to jak najlepiej. Nie zawsze jest tak, że jesteśmy od początku do końca kowalami własnego losu. Jeżeli więc nadarzyła się okazja, aby pokazać to w co się wierzy od tej dobrej strony, to dlaczego by jej nie wykorzystać.

W Japonii bardzo rozpowszechniony jest zwyczaj chodzenia z grupą przyjaciół lub całą wielopokoleniową rodziną do publicznej łaźni. Zupełnie nie dziwi fakt kilkunastoletniego podrostka kąpiącego się w gorących źródłach wraz z dorosłą siostrą i matką. Są pomieszczenia gdzie kąpią się panie, są też męskie, ale sporo jest koedukacyjnych. Sam Hiroyoshi zaczął rozmowę o wspólnych kąpielach. Początkowo nie widziałem związku z poprzednimi wątkami związanymi z kultem „twardego mężczyzny”.

– W gorących źródłach jest zakaz kąpania się osób z tatuażami, więc kąpię się sam…

Wtedy zrozumiałem. Z jednej strony Hiroyoshi jest niekwestionowanym szefem, co więcej ma poczucie akceptacji miejscowej społeczności ponieważ Jakuza to nieodłączny element japońskiej kultury, a z drugiej…każdy z nas ciągle zagląda w oczy innym ludziom i oczekuje akceptacji. I to nieustającej, permanentnej.

- Czy czujesz się czasami samotny?

- Dlaczego cię to interesuje?

- Tak, po prostu...

Nie odpowiedział….

Na koniec spytałem go czy mogę publicznie pokazać jego tatuaże? Zgodził się. Ale bez pokazywania twarzy. Następnego dnia jednak zadzwonił i powiedział;

- Twarz, moją twarz możesz też pokazać.

Poprawiony: niedziela, 12 stycznia 2014 21:59