wtorek, 01 grudnia 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

wyścigi
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 5655 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
wtorek, 30 września 2008 12:40

 

   Dzisiaj jeden z moich niemieckich przyjaciół napisał do mnie, że w tym roku ma bardzo ładne czubatki i nie może doczekać się wystaw. A mnie takie spędy hodowców przerażają i są wielkim źródłem wszelkiego rodzaju stresów. Kiedy po raz kolejny „muszę” coś wystawić, czyli ścigać się- wpadam w swoistą panikę.

   

 

   Z nieodpartym zdumieniem obserwuję swoich kolegów, którzy martwią się, ile na ich wystawie będzie pokazanych kur. Jeżeli poniżej stu – to klapa. A najlepiej jakby było ich tysiąc. Pokazać w Polsce tysiąc kur w jednym miejscu – to nie lada wyczyn. Liczebnik „tysiąc” ma sobie jakąś magię, coś niesamowitego i świadczącego o sukcesie

     Właśnie…co można nazwać sukcesem? Ile wśród tego „tysiąca” jest ptaków rodzimego chowu, nie wspomną już o polskich rasach? A jeżeli już to może w pierwszym pokoleniu, bo w drugim to niekoniecznie - coś tam wyskakuje albo zaczynają się problemy z chorobami. Znowu więc rusza zagraniczny ciężarówkowy import.

     Wielokrotnie zastanawiałem się co tak ludzi gna do przodu? Dlatego aby mieć więcej, coraz więcej, permanentnie więcej potrafią wywołać wojny. Więcej ziemi, pieniędzy, władzy…więcej kur na wystawie. Cholera, myślę wtedy sobie, tylko Bil Geyts nie musi nikogo ścigać, bo jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Ale i on przeżywa pewnie stres, że zostanie w pewnym  momencie zdetronizowany…co zresztą ostatnio się stało.

    Często odwiedzam zachodnie wystawy. Zazwyczaj Z wywieszonym językiem miotam się między klatkami i martwię, że nie jestem w stanie wszystkiego obejrzeć. Klatki jak okiem sięgnąć, po horyzont. Hale wielkości boisk piłkarskich. Na rekordowych spędach można naliczyć powyżej pięćdziesięciu tysięcy ptaków piejących, gdaczących i gęgających. Są one perfekcyjnie przygotowane do wyścigów. Na dzień „przed” są kąpane w szamponach, przycina się im paznokcie, robi pedicure, czyści uszy i myje szczoteczką nogi. Ostatnia Europejska Wystawa w Lipsku zgromadziła ponad 75.000 zwierząt – od gołębi po chomiki. To dopiero powód do chwały – czy ten rekord będzie kiedyś pobity? Puchary, nagrody pieniężne, dyplomy odbiera się za pokwitowaniem w specjalnym kantorku.

     Precyzyjnie działa naoliwiona maszyneria.

     Zazwyczaj jednak na takiej wystawie nie czuję się dobrze. Znajomych mijam w biegu, każdy gdzieś gna przed siebie. Po takim dwudniowej wycieczce czuje się potwornie zmęczony. Nie ma przytulnych i klimatycznych miejsc, gdzie można po prostu pogadać. Są za to tony golonki i hektolitry piwa, którymi wszyscy się zażerają.

    Zawsze wtedy tęsknię do niewielkich pokazów, takich jakie organizują kluby tematyczne lub niewielkie związki regionalne, gdzie spotykają się ze sobą ludzie, których łączy wspólna pasja, kultura i miejsce urodzenia. Zawsze niepowtarzalny, swojski klimat, na przykład, znajduję w Białymstoku, gdzie przy kielichu i miejscowej kapeli roztrząsane są wielkie i małe sprawy tamtego świata, czyli kresów wschodnich. A przy okazji gada się też o gołębiach i kurach.

ImageImage

Dwie fotki z wystawy w Białymstoku. Na jednym z nich Staszek Olbryś z Bożenką Zera.

   Inny przykład – fora tematyczne. Mają one kapitalną rolę do spełnienia bo tworzą specyficzną „atmosferę” pogaduchową”. Ich największą wartością jest społeczność internetowa, która integruje grupę ludzi o podobnych zainteresowaniach. Próby powołania takiej społeczności, zakończone zresztą sukcesem, mają za sobą „Polski Kurnik” i „Aviornis”. Tam tworzą się nieformalne związki, a nawet przyjaźnie, gdzie opowiada się o swoich sukcesach i porażkach – wszystko jest bardzo osobiste, jak na dłoni; pulsuje, tętni życiem., jest pełne emocji. Czasami wydaje mi się, że Internet to jedna wielka „emocja”.

    Właściciele i administratorzy forów mają czasami jednak ambicje mocarstwowe. Więcej postów, więcej odwiedzin dziennie, więcej, więcej, więcej… Bite są jakieś zabawne rekordy frekwencji, których zazwyczaj nie udaje się pobić. I czym się tu podniecać? Że statystyki pokazują dwustu odwiedzających dziennie, podczas gdy jakiś blog z „Gołą Lolą” ma tyle wejść na minutę. Szefowie ptasich forów mają permanentny stres, że u konkurencji użytkownicy napisali 200 postów w ciągu doby, a u nich było tylko 199. A już zupełną porażką jest, gdy statystyka schodzi poniżej setki. Sam łapię się na tym, że zaczynam porównywać się z innymi. Przy trzydziestu wiadomościach na Forum Woliery nie pozostaje nic innego jak wziąć powróz od krowy i powiesić się na najbliższej gruszce. Dlaczego akurat powróz i to od krowy? Bo niestety ważę ponad sto kilo. Poza tym następne dwieście kilko waży stres i zwykły sznurek od snopowiązałki albo kabel od lampki nocnej by nie wytrzymał.   

   Wielokrotnie łapałem się na uczuciu zawiści, że komuś tam coś lepiej wychodzi. A więc sam też jestem skażony grzechem pierworodnym. Miałem okres zachłystywania się sukcesem zawodowym, udało mi się stworzyć firmę nie odpowiadająca swoim poziomem technologicznym najlepszym firmom europejskim. Udało mi się zdobyć trochę tytułów championów, w tym międzynarodowych na zagranicznych wystawach.

    Kiedy  byłem przez trzynaście lat dziennikarzem jak ognia unikałem wszelkich rautów, przyjęć, bali na pięćset par i biznesowych spędów, gdzie królowała zewnętrzność, obłuda i fałsz. Sztuczne uśmiechy, wyszczerzone zęby do kamery…Ciągle miałem stres, że dzięki takim spotkaniom mógłbym nawiązać kontakty biznesowe, poznać tam ciekawych ludzi, co przełożyłoby się na ileś tam kontraktów.

    Ile osób w Polsce ma szansę osobiście poznać ludzi kultury i polityków z pierwszych stron gazet? A ja, może będzie bardzo trudno w to uwierzyć, z takich s z a n s świadomie rezygnowałem. Najlepiej bowiem czuję się w gronie kilku osób, bo większa niż dziesięcioosobowa grupa mnie przeraża. Tym bardziej, że nie potrafię opowiadać dowcipów, no i co najgorsze w zasadzie nie piję, bo nie lubię wódki – tego narodowego napoju ludów wschodu. Potrafię zabrać głos na dużym forum. Podobno mówię ciekawie, a nawet porywająco. Moi przyjaciele określają to krótko – ty to masz gadane… Zawsze jednak okupuję takie wystąpienie nieprawdopodobnym stresem.

   Wiele zrozumiałem podróżując po świecie. Pośród narodów Azji zwierzęta, w tym ptaki, otoczone są szczególną czcią. Wyznacza im się rolę przyjaciół rodziny i domu. Piękne poprzez swoją brzydotę yamato, czy zadziorny kogucik ko shamo mieszkają w sąsiednim pokoju, często w wielkim mieście, choćby Tokio.

   Ogromnym szokiem były dla mnie japońskie wystawy kur. Hodowcy z kraju kwitnącej wiśni są absolutnymi mistrzami w hodowli. To do nich latają europejczycy po jajka. Z rzadka kierunek jest odwrotny. Po obejrzeniu niemieckich wystaw można by się spodziewać, że Japończycy organizują jeszcze większe spędy… Otóż nie!!! Na największej wystawie, w której uczestniczyłem naliczyłem coś ze trzysta ptaków. Na największych, tzw. „narodowych”, jest nie więcej niż 500 – 600 kur. Zresztą w tamtych przypadkach słowo „wystawa” nie ma racji bytu. Szukam innych słów i nie mogę znaleźć – spektakl, impreza, pokaz, biesiada…Pasuje i jednocześnie nie pasuje żadne z tych określeń. No i te akcesoria – bębny, piszczałki, kołowrotki w „towarzystwie” okrzyków i klaskania w dłonie.


    Jest coś mistycznego w takich spotkaniach azjatyckich hodowców…jakiś rytuał i głębia. Można przekonać się o tym oglądając załączone do tej mojej garści przemyśleń zdjęcia z japońskich wystaw. Nie trzeba ich komentować. Mówią same za siebie.

ImageImageImageImageImageImageImage ImageImage

 Na ważnej wystawie kur chabo w Tokio zwycięzca otrzymał wiele nagród rzeczowych (ostatnie dwa zdjęcia)


   Podobni jest w Tajlandii. Na Wielkiej Wystawie Zwierząt Domowych w Bangkoku napatrzyłem się nie tylko na piękne chabo i bojowe kury ale także na owce, konie, krowy, psy,  koty, papugi…i co tam jeszcze. Zwierzęta przebywały wśród ludzi. Klatki, jeżeli w ogóle były to poustawiane pojedynczo, między drzewami. Czuło się atmosferę wielkiego pikniku i święta. Zerknijcie i tutaj na załączone zdjęcia. O wielewięcej mówią niż słowo.

ImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImage

Równolegle z wystawą  w Bangkoku zorganizowana została wystawa pięknie śpiewającego a  w Europie zepełnie nieznanego konuru

ImageImageImageImageImage 

 

    Niedawno odwiedził mnie Josef Hausbender, młody niemiecki hodowca, który dowiedział się, że w Polsce też są jacyś hodowcy, a nie tylko importerzy kur. W Polskich kurnikach można spotkać legendarne japońskie rasy, takie choćby jak jitokko, shoukoku, kurokashiwa, nankin shamo lub niebieskie yamato, których próżno szukać na Zachodzie Europy. Josef przyjechał z własnym tłumaczem. Okazał się kompletnym pomyleńcem właśnie w temacie yamato. Z jego wizytą miałem pewien problem, bo nie wiedziałem, z jakiej strony pokazać mu polską hodowlę. W końcu wprosiłem się na wizytę do Staszka Olbrysia.

    Staszek mieszka niedaleko Ostrowa Mazowieckiego z dala od wielkiego świata. Ma przepiękny, zadbany, pełny unikatowych roślin ogród gdzie pośród drzew i krzewów wtopionych jest kilkanaście wolier. Staszek wołał: Mino, Mino…a spod krzewu płożącego jałowca wyszedł piękny kogut minohiki ze swoim haremem. Na skraju trawnika można było dostrzec dwie parki jitokko. Furorę robił przyjaciel, traktowany na równi z członkami rodziny Tosiek – jedyny taki i niepowtarzalny kogut totenko, który wiedział, że jest głównym aktorem i zawsze, jak na zawołanie popisywał się prawie 18 sekundowym śpiewem.

    Mieliśmy z Jozefem podobne odczucia.

    To jest właśnie dla nas to.

    Cała kwintesencja hodowli.

    Obcowanie z pięknem natury, pięknem śpiewu totenko, pięknem w końcu czegoś niepowtarzalnego co „zaczyna w duszy grać” między człowiekiem i przyrodą.

     A nie jakieś tam nadmuchane wystawy…

     A nie jakieś fora z zabawną frekwencją…

     Zauważam jednak jakby proces dojrzewania. Czasami sobie myślę, że nawet dobrze było uczestniczyć we wszelkiego rodzaju wyścigach, bo tym bardziej potem można smakować wyciszenie. Nabiera się wtedy dystansu do samego siebie. Tak jak w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, kiedy najpierw trzeba zabić, potem odpokutować, by na końcu poczuć się wolnym. Dzisiaj w moim pokoju nie mam żadnych pucharów. Wszystkie wyniosłem do piwnicy lub wyrzuciłem. Na ścianach za to wiszą autentyczne trzystuletnie starodruki i osobiste pamiątki od moich przyjaciół, choćby obraz olejny namalowany specjalnie dla mnie przez Kurta Michela. Wiszą też oprawione w ramki co ciekawsze cytaty z różnych forów na temat mojej osoby. Zaręczam, bardzo ciekawa lektura.

    Nie wiem jednak, kiedy do końca wyplączę się z potrzeby uczestniczenia w wyścigach. Bardzo tęsknię do takich czasów gdy będę mógł z ulubioną kurką czubatki dworskiej zwyczajnie po ludzku pogadać o tym ile zniosła jajek albo zaprzyjaźnić się z kogutem mojej ukochanej japońskiej rasy czyli totenko. Na razie wyznaczyłem sobie inną rolę do spełnienia. Trwa swoista produkcja setek czubatek dworskich, bo nie ma innego wyjścia gdy tworzy się nową rasę w oparciu o różne zebrane dziesiątki popaprańców na wsiach. Muszę startować w wystawach i ścigać się, czego nie cierpię, bo trzeba zadbać o promocję i odpowiedni marketing; co z tego bowiem, że coś się wyhoduje, kiedy nikt o tym nie będzie wiedział. Brnę więc sam w ten ślepy zaułek i szczerze mówiąc nie wiem jak z niego się wyplątać.

    To co dodaje mi sił to świadomość, że robię rzeczy ważne i pożyteczne. Jednego jestem pewien - dla mnie kilka wyhodowanych przeze mnie kurek i pokazanych na niewielkim pokazie klubowym, choćby na całą wystawę trafiło tylko sto ptaków jest ważniejsza niż piękna wystawa z tysiącem ptaków. A dlaczego? Bo są wyhodowane od zera, są polskie i po prostu - moje.  

    Więcej, więcej, więcej…

    

Poprawiony: czwartek, 02 października 2008 22:55