środa, 23 października 2019

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

zapomniany świat
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 4256 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
niedziela, 01 lutego 2009 09:38
Laos, koniec stycznia 2009 roku.

Jeśli siądziecie sobie zaraz i włączycie program National Geographic i będzie tam program o ludziach, którzy żyją gdzieś w zagubionych górskich wioskach daleko w świecie, nadal są animistami i wieżą w duchy wiatru, gór, nieba;  bez prądu właściwie, bez toalety w domu, z łazienką w strumyku;  autobus daleko stad, a najprostszą możliwością dotarcia jest piechota kilkanaście kilometrów przez góry;  to ja przez ostatnie trzy doby osobiście doświadczyłem czegoś takiego. Było pięknie i nie da się ukryć, że te dni okazały się jednymi  z najciekawszych i najszczęśliwszych dni w moim życiu…

 

Od początku, zatem...

Dowiezieni tylko półtorej godziny drogi od mega turystycznego Luang Prabang z przewodnikiem Kidą, jedną Włoszką Bianca i jednym francuzem Emanuelem ruszyliśmy w góry. Po drodze szliśmy wzdłuż pól ryżowych, po bezdrożach totalnych, gdzie bez przewodnika nigdzie by się nie zaszło. Po drodze wioski jeszcze blisko drogi i obiad na szczycie góry w talerzu z bananowca.

Doszliśmy w końcu do jednej totalnej wiochy…

W domu, w którym odpoczywaliśmy, na drzwiach wyrzeźbione noże, ochrona przed niechcianymi duchami, w środku ołtarzyk dla ducha, był też i szaman tego domu. Minęliśmy po drodze obejście innego szamana o większej, ponoć, mocy, który pełni rolę kogoś w rodzaju  lekarza wioski, leczy, gdy ktoś zachoruje - to znaczy tańczy i gra nad chorym, przyrządza mikstury, mówi żeby coś przełożyć w domu i na jeszcze inne sposoby próbuje ubłagać zezłoszczonego ducha ściętego nieumiejętnie drzewa czy naruszonej góry. W innej wiosce widziałem przez okno, jak inny szaman tańczył nad chorym. Zanoszono mu też ogromne gniazdo szerszeni (chyba puste), a sama ceremonia trwała kilka godzin.

Rozpoznać dom, gdzie duch jest rozzłoszczony, można zawsze po wiszących zielonych liściach.

Do takiego domu nie można wejść.

Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do przepięknej wioski położonej prawie na szczycie góry, z której cudownie można było podziwiać miejscową panoramę i zachód słońca.  Mieszka w niej ponad trzysta osób, jednak domy są o wiele bardziej gęsto ułożone, całkiem inaczej niż u nas zazwyczaj na wsiach, bo bez płotów i tuż obok siebie. Tu jak na dłoni widać, że sfera prywatności w nowoczesnej kulturze jest doprowadzona do wręcz absurdu; co więcej - także w naszej tradycyjnej kulturze, w porównaniu do tej, ta sfera intymności jest duża

Idąc na przykład  na codzienną kąpiel  do strumienia, przechodzi się przez wioskę tylko w sarongu; wokół ludzie patrzą bezmyślnie,  jak to wiosce, a w strumieniu kąpią się kobiety i mężczyźni, dziewczyny i chłopcy. Zaszedłem pierwszego popołudnia i ja na kąpiel, a tam ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dziewczyny myły się nagie do pasa, z biustem na wierzchu. Był też jakiś miejscowy umięśniony przystojniacha, wiec mimo onieśmielenia tymi biustami, podszedłem spróbować się wykąpać.

Od samego początku komentarze na mój temat po khmongowemu (w wioskach ludzie zazwyczaj mówią w swoich dialektach, nie po laotańsku);  co tu ukrywać , nie czułem ani razu,  żeby to było coś chamskiego czy niemiłego - po prostu sposób na wymianę informacji o dziwnym przybyszu, który nie do końca wie, co robić.

I tak nie wiedziałem, co zrobić, bo jedno tylko źródełko, a pięć lasek wokół  z biustami, więc siadłem i starałem się się nie patrzeć, bo a nuż komuś podpadnę. Jednak po chwili jedna w młodych ślicznych dziewczyn podało mi wiaderko z woda. Umyłem się obok, oczywiście dalej w komentarzach tonąc i niezwykle zadowolony, wróciłem do mego miejsca noclegowego z  miejscową rodziną.

Późne popołudnie, na razie w miarę spokój.

Jednak im bliżej było zmierzchu,  tym atmosfera w wiosce robiła się coraz bardziej pełna energii. Starsi chłopcy grali w jakiś rodzaj siatkówki, tyle, że w tej grze piłkę odbijali nie rękoma, ale nogami i głową. Dziewczyny w tym czasie masowo chodziły do kąpieli, a młodsza dzieciarnia normalnie rozsadzała wioskę. Wybiegły chyba wszystkie, setka pewnie;  tu jeden drugiego szturchnie, tu zatańczą, tu podskoczą, kopnie ktoś kogoś, tu strzelają z własnej produkcji mini broni na papier. Wokół kury gdaczą, koguty pieją, kaczki kwacza, świnie chrumkają, a psy patrzą się, jak nie w tę, to  w inną stronę.

Napisze Wam szczerze.  Po tym doświadczeniu uważam że ludzie w naszej kulturze są niezwykle chorzy, dzieciaki , jak obserwuję, nie biegają już razem, nie włóczą się i nie bawią jak kiedyś pamiętam,  gdy ja byłem mały. Jeden drugiego izoluje, rodzice w strachu, chyba, nie puszczają dzieci daleko poza dom.

I tak omija ich niesamowita eksplozja radości i ćwiczenia kontaktów z innymi.

Tu w tych wioskach w większości widziałem najszczęśliwsze dzieciaki pod słońcem.

Pamiętam tylko,  że sam, podobnie, najszczęśliwsze momenty dzieciństwa spędziłem na wsi, u babci,  włócząc się po okolicy z innymi dzieciakami albo sam.

Teraz wsie pustoszeją, zostają starzy ludzie a dzieciaki rodzą się i są bardziej odizolowane niż byłyby na wsi. Oczywiście nasze wsie są często patologiczne - alkoholizm, bicie dzieci czy bab nie jest niczym niezwykłym. Tu w laotańskich bezdrożach miałem wrażenie że niczego takiego nie ma, panuje lao umysł, bezmyślny, obserwujący lekko, nieśmiały trochę, ale bardzo, bardzo przyjazny w gruncie rzeczy.

Gdy słońce zaszło, brak prądu i światła sprawił, ze dzieciarnia nic nie widziała, więc się uspokoiła, a ludzie siedli  wokoło kilkunastu ognisk w wiosce i dyskutowali zapewne o tym,  jaki kto jest, co zrobili dzisiaj , i co pewnie jutro zrobią. Często też po prostu siedzieli i nic nie robili ani nie mówili.

Ogień płonął, papieros w dłoni się palił, a czas nie tyle płynął, co go po prostu nie było.

Był tylko zachód słońca, pogawędka i pójście spać.

Słońce już kompletnie zaszło, ogniska dogasały, a my (tzn. nasza trójka turystów) zasiedliśmy do naszej kolacji na zewnątrz przed domkiem. No i po kolei schodzili się ludzie i tak do dziesięciu jedenastu doszło, stanęli obok, nie przysiedli się tylko stali. Teraz oni mieli swój National Geographic Channel. Tytuł " Jak Europejczycy jedzą?". Analogia do programu w telewizji  jest tutaj jak najbardziej wskazana, ponieważ my jedliśmy, a oni stali i komentowali. Choćby podniosłem łyżkę i zaraz jeden do drugiego, cały czas patrząc,  coś szepcze na uszko. Później przeżuwam i to samo - no i tak bite czterdzieści minut posiłku stali i patrzyli. Po czym kamera zmieniała ujęcie,stanęli z drugiej strony i oglądali program "Jak Europejczycy trawią?". My, co rusz wybuchaliśmy śmiechem.

Program się skończył. Włączony został za to generator prądu bogatszej rodziny - prawdziwa telewizja z telenowelą na ekranie ruszyła. Podszedłem bliżej do chałupki trzcinowej z telewizorem w środku, a tam kupa ludzi patrzy przez mini szparki w trzcinie na zewnątrz domu i też ogłada.

No to  też stanąłem i oglądałem.

Później odszedłem, noc już kompletna, bez księżyca, ciemno jak dawno nie widziałem, a niebo, takie jak w Polsce,  już raczej nie bywa (za dużo u nas światła wszędzie).

Pięknie po prostu.

Dziewiąta w nocy, nic nie widać, ludzie poszli spać, a my wprawiający się coraz bardziej w stan umysłu lao, też poszliśmy spać, bo co można robić w kompletnej ciemności.

Śpimy, czwarta rano nadchodzi, nadal kompletnie ciemno, ale zaczyna się ruch. To mężczyźni  idą ścinać drewno, niektórzy polować,  oczywiście koguty, z piętnaście ich chyba było, budzą, wytrenowane tak jakby.

O szóstej rano świta, a w wiosce wrze od życia. Koguty pieją, kury gdaczą, świnie chrumkają, psy patrzą w lewo w prawo, dzieci krzyczą po swojemu,  ludzie w pełni już rozbudzeni. W takich warunkach nie da się spać, więc wstaliśmy i my.

Po śniadaniu dalej w drogę.

Wiocha kolejna w przerwie na obiad. Ludzie narzekają, że straszny ruch zaczyna się robić, bo właśnie jakiś traktorzysta zabił jedną kaczkę - po czym uciekł. Dziwi nas to, zwłaszcza że w trakcie dwóch godzin postoju jeden mini traktów przejechał. Ale może kiedyś nie było ich  w ogóle i teraz to już jakiś koszmar jest...

Koło drugiej po południu docieramy do kolejnej przepięknej wiochy,  w pięknej dolinie małej rzeczki. Idę się umyć, znowu stadko kobiet i dziewczyn, ale tym razem odważnie już się myje,  a obok mnie Emanuel w orzeźwiającym strumieniu. Pranie i mycie garów piaskiem obok, jak to jeszcze czasem u nas daleko od dróg bywało, a teraz już nie bywa, bo i po co, jak są płyny i proszki.

Mieszkanie mieliśmy na piętrze, a krzesełka na werandzie, więc siedliśmy sobie na krzesłach, obserwujemy i komentujemy jak Laotańczycy obok na dole.

Tu ktoś idzie do strumienia, więc mówimy, że idzie do strumienia, tu dzieci bawią się w gumę, wiec mówimy że bawią się w gumę, tu plotą koszyk, więc mówimy że plotą koszyk…

To właśnie miej więcej na tym polega komentowanie laotańskie, jak myślę. Przynajmniej tak to odczuwaliśmy. Oczywiście też są jakieś uwagi, typu że ktoś zrobił to tak i tak, i śmiech po tym, ale jak pisałem, ani przez chwile nie czułem  wrogości, czy czegoś negatywnego. Warto tego się nauczyć, bo to niezła sztuka obgadywać tak, żeby wszystkich to cieszyło.

Nastała noc, ogniska zapłonęły, ale tej nocy nie było już tak spokojnie. Oto miejscowe wesele nastąpiło. Generator prądu ruszył, głośniki wystawiono, a z nich okropne lao disco-techno. Ludzie stoją, jakieś dziecko zatańczy, a wszyscy onieśmieleni patrzą. Ciężko komentować , bo muzyka ogłusza, wiec pozostaje patrzenie. Nad głośnikami stoi dom, a w domu główna impreza, ale nie tam żeby coś więcej się działo, tylko ludzie siedzą, patrzą, czasem próbują coś powiedzieć, palą papierosy.

Nic się nie dzieje, siedzimy tak patrzymy godzinę, ciągle nic się nie zmienia, więc idziemy spać.

W naszej chałupie też ciekawie. Śpimy w jednym pomieszczeniu z córka gospodarzy, która nagle w ciemnicy rozświetla latarkę i poprawia swoją buzie, a na dole rodzinka śmieje się się i gada. Bardzo śmiesznie gadali, zaczynali od pierwszego słowa w zdaniu, bardzo długo, może tak: - naaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa weselu nie dali jeszcze jeść, ha, ha, ha, ha, ha…

Jednak w hałasie, ale zasypiamy, a przed świtem o piątej trzydzieści koguty zaczynają swoje. Ku naszej zgubie jeden kogut drze się tuż pod nami i jest najaktywniejszym z lokalnych. O szóstej trzydzieści  wioska już jest na pełnych obrotach, wiec i my ruszamy - myć  się, siku, jeść.  Po drodze do dziura w ziemi, która jest naszą deską klozetowa, jest chlewik świnek, z którymi trzeba bardzo ostrożnie, bo się wystraszą.

Wracamy przez lasy bambusowe do drogi głównej, czasami tylko fragmenty dzikiej dżungli.  I tak po przejściu pięćdziesięciu pięciu kilometrów, wracamy do Luang Prabang, czyli cywilizacji, kończąc coś jedynego w swoim rodzaju, do czego na pewno będę tęsknił nieraz, a najchętniej zaadoptuje do swojego życia.


Maciek

Maciek to mój młodszy, dwudziestopięcioletni syn, który od listopada z kilkoma dolarami w kieszeni (!!!!) podróżuje ze swoją dziewczyną Olgą po Azji Południowo Wschodniej – Borneo, Malezji, Tajlandii, Kambodży, Wietnamie, Birmie i Laosie.

Nie ukrywam, że dzięki Maćkowi  sam przewartościowuje swoje życie… Ileż to spraw dotychczas zupełnie nie zauważalnych nabiera znaczenia, a coś, co było   b a r d z o   w a ż n e  przestaje się zupełnie liczyć. 

Kurde, do czego to doszło, aby ojciec uczył się od syna? A najgorsze jest to, że trzeba się do tego przyznać!


Poprawiony: sobota, 11 stycznia 2014 20:31