środa, 23 października 2019

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

czekoladowy taniec
Ocena użytkowników: / 12
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 5366 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
poniedziałek, 15 lutego 2010 19:49

Jest taka mądra - bodajże chińska - maksyma: jak pomyślałeś - nie mów, jak już powiedziałeś – nie pisz, a jak już napisałeś – nie podpisuj. W przypadku tego jednak artykułu, który opublikowałem w 2008 roku w Wolierze, warto odwrócić tę maksymę: jak (wydaje ci się, że) zrobiłeś coś dobrego – to się pochwal, bo w jak się sam nie pochwalisz, to tak jakby tego nie było.

Czekoladowy taniec

Po raz pierwszy o czubatkach czekoladowych dowiedziałem się w zabawnych okolicznościach. Podczas bankietu w niemieckim Greitz w 2004 roku, gdy odbierałem piękny proporzec za pierwszego w życiu championa na niemieckiej klubowej wystawie karłowatych kur czubatych i jedwabistych, poprosiłem do tańca Carol Forster, amerykankę polskiego pochodzenia mieszkającą w Pensylwanii.

- Czy słyszałeś o czekoladowych polskich kurach? – powiedziała mi Carol gdy wywijaliśmy w takt jakiejś ludowej, bawarskiej bodajże, piosenki.

Nie wiedziałem. Czekoladowe ptaki były wtedy nowością. Na tym bankiecie pojawiła się wtedy czołówka hodowców kur czubatych nie tylko w Europie. Obok Amerykanki poznałem wtedy Lukka Hansa i Hansa Ringnaldę z Holandii, Terego i Clark Beebe z Anglii nie mówiąc już znakomitych niemieckich hodowcach.

- W pracy hodowlanym nad kolorem czarnym - powiedział nam wtedy Frank Peschke, szef klubu – bardzo ważna jest metaliczna, z zielonym połyskiem, głęboka czerń. Trzeba wiedzieć jakie ptaki ze sobą kojarzyć, bo gdy robi to się nieumiejętnie zaczynają wtedy pojawiać się odcienia brązu. W Stanach prowadzi się nawet w takim kierunku selekcję, natomiast w Niemczech ten brąz uznawany jest za dużą wadę.

Frank poradził mi wtedy, jako niedoświadczonemu hodowcy z Polski, abym bardziej skupił się na odmianach już ustabilizowanych i tu dążył do perfekcji. Na kolejnych jednak wystawach dobitnie uświadomiłem sobie, że my, Polacy, w niemieckiej „perfekcji” nie mamy na dłuższą metę szans, gdzie o tytule championa decyduje czasami drobiazg. W tamtejszym liczącym sobie ponad 200 osób klubie jest co najmniej 20 – 30 wybitnych hodowców, odchowujących rok rocznie tysiące ptaków. Niemiecka ilość przekłada się automatycznie na jakość.

A ilu jest hodowców w naszym kraju?

Dlatego szansą dla przybyszów ze Wschodu może być praca nad czymś nowym, czego Zachód jeszcze nie ma i na razie lekceważy. Dała tu o sobie znać zwykła słowiańska przekora. Czekoladki wydały mi na początku ciekawostką ale też i szansą na zaistnienie w tym doborowym europejskim towarzystwie.

* * *

Zanim jednak opowiem o polskim oberku z czekoladkami trochę historii, skąd wziął się gen czekoladowy za oceanem? Warto przy okazji pokazać drogę dochodzenia do finału, jaką było wyhodowanie nowej odmiany barwnej, bo jest ona dosyć charakterystyczna.

W 1985 roku Al Westling ze stanu Kansas, hodowca gołębi i  polskich czarnych białoczubów (Polis’h White Crested Black) otrzymał informację od dr. W.F. Hollanda, że on i jego współpracownik z dziedziny genetyki odkryli i sklasyfikowali nowy gen odkryty w kurze araukana. Nazwali go początkowo „ciemnobrązową odmianą”. Przypomnę, że Al napisał w 2006 roku specjalnie dla naszej redakcji artykuł, który został zamieszczony w numerze specjalnym „Kury Czubate”, w którym bardziej szczegółowo opisuje swoją przygodę z czekoladkami.

Wątek araukany jest również niezmiernie ciekawy. Istnieje wiele teorii na temat powstania tej rasy. Jedna z hipotez mówi, że zrodziła się ona przypadkiem u Indian Mapuche zwanych Araukanami (miałem okazję odwiedzić to indiańskie plemię podczas mojej podróży do Ameryki Południowej) w wyniku krzyżowania europejskich kur przywiezionych przez hiszpańskich konkwistadorów w XVI wieku z miejscowym kurakiem wyglądem przypominającym bażanta, czyli w uproszczeniu mówiąc „autentycznym” kurem z amazońskiej dżungli. Jest to o tyle istotne bo w podobny sposób ujawnił się gen czekoladowy w innej części świata, na półwyspie Indochińskim, o czym będzie jeszcze dalej mowa.

Pierwsza kura wyhodowana przez Hollandera była duża i posiadała niewielki czubek. Charakteryzowała się rysunkiem kolumbijskim. Pióra szyi nie były czarne lecz ciemnobrązowe, a więc na początku nie było mowy o jednolitej barwie lecz jedynie grupy piór. Następnie Al. skrzyżował tę kurę z czarnym kogutem Bantam otrzymując jednolite brązowe małe z niewielkim czubkiem, składające zielonkawe jajka. Wpływ bantamek do dzisiaj widać w populacji czubatek czekoladowych. Świadczą o tym duże białe zausznice i obfity, noszony poziomo ogon. Kolejny krok polegał na skrzyżowaniu najlepszych ciemnobrązowych mieszańców z „rasowymi” białoczubami. Doprowadzenie do w miarę wyrównanego poziomu stada zajęło Westlingowi pięć lat.

* * *

Wróćmy jednak do Europy. Po wystawie w Greitz w 2004 roku nawiązałem bardzo ożywioną i ciepłą korespondencję z Carol Forster. Po kilku miesiącach wymiany e-maili dostałem od niej małą przesyłkę (szła aż 10 dni) z 12 jajkami różnej wielkości. Wykluło mi się z nich sześć kurczaków. Przeżyły niestety tylko dwa koguciki białoczube. Jeden czarny, z wyraźną wadą genetyczną, a drugi czekoladowy. Mój nowy nabytek skojarzyłem z czarnymi kurkami białoczubymi. Wyniki nie były rewelacyjne. Odchowałem dwanaście młodych. Amerykański kogucik miał wiele wad. Na przykład posiadał mało białych piór w czubie, a i jego pokrój dawał wiele do życzenia. Widać wyraźnie było, że za oceanem tę nową odmianę barwną dopiero tworzono. Do dzisiaj mam tę linię u siebie. Oczywiście przez te trzy lata kurki poddane zostały gruntownemu uszlachetnieniu.

W następnym roku na wystawie w holenderskim Ede Luuk Hans pokazał kilka bardzo pięknych okazów czekoladowych i beżowych. Bardzo nieśmiało poprosiłem go, czy by mi nie sprzedał choćby jednej kurki. Jakież było moje zdumienie, kiedy Luuk podarował mi dwie kurki i kogutka czekoladowego oraz parkę białoczubów khaki.

A skąd się wzięły czekoladki u Luuka? Okazuje się, że dokładnie w tym samym czasie, co ja, otrzymał on sześć jajek ze Stanów od samego Alla Westlinga, bardzo ważnej postaci w tym temacie. Wykluły mu się dwa koguty czekoladowe i dwie kurki khaki. Jedną parkę przekazał znajomemu holenderskiemu hodowcy, a drugą zostawił dla siebie.

Nie byłem więc jedynym hodowca czekoladek  w Europie. Niemniej temat genu czekoladowego bardzo mnie jednak zainteresował. Przez kilka lat gromadziłem wszelkie możliwe informacje na ten temat, przeszukiwałem zagraniczne strony internetowe, starałem się również poznać hodowców czekoladek. Trzy lata temu też postanowiłem stworzyć polską wersję czubatek brodatych czekoladowych. Pobudki miałem jasne i czytelne. Chciałem pokazać Niemcom i Europie, nie mówiąc już o Polsce, że Polak potrafi. I to w jakimś sensie mi się udało. W zeszłym roku w niemieckim Sebnitz na tamtejszej wystawie klubowej oraz na warszawskich Broniszach pokazałem pierwsze, prawie już „gotowe” kurki czekoladowe. Moi zagraniczni koledzy bardzo zainteresowali się wystawionymi ptakami. Miałem sporo ofert kupna. W tym roku, to na jesieni będę dysponował już „wyprowadzoną” nową odmianą barwną czubatek brodatych. I ile oczywiście nie wydarzy się jakaś nieprzewidziana okoliczność. Ja to w hodowli.

Dzisiaj trochę żałuję, że może zbyt wcześnie ujawniłem nad czym pracuję. Jestem przekonany, iż w wielu europejskich kurnikach praca wre na całego. Pocieszające jest to, że większość moich zagranicznych kolegów stać na uściśnięcie dłoni Polakowi, gdy zobaczą konkretne i namacalne efekty pracy hodowlanej.

* * *

Prawie czteroletnia praca nad czubatkami czekoladowymi zmuszała mnie do poznania mechanizmów rządzących tym ubarwieniem barwnym. Konfrontowałem wiadomości teoretyczne wyszukane na zagranicznych stronach internetowych z własnym doświadczeniem. Szukałem też pomocy u rodzimych specjalistów.

Na temat genu czekoladowego napisał na amerykańskiej stronie klubowej Amerykanin Glen Cryer. Jego schemat kojarzeń uzupełniliśmy odpowiednią symboliką.

Aby powstał kolor czekoladowy kury muszą mieć genotyp: EE IDi+

Czekoladowy (EE IDi+) x Czekoladowy (EE IDi+) = 25% czarny (EE i+i+), 25% khaki (EE IDID), 50% czekoladowy (EE IDi+)
Czekoladowy (EE IDiD) x Czarny (EE i+i+) = 50% czarny (EE i+i+) i 50% czekoladowy (EE IDi+)
Czekoladowy (EE IDi+) x Khaki (EE IDID) = 50% czekoladowy(EE IDi+) i 50% khaki (EE IDID)
Khaki (EE IDID) x Czarny (EE i+i+), = 100% czekoladowy(EE IDiD)
Khaki (EE IDID) x khaki (EE IDID) = 100% khaki (EE IDID)
Czarny (EE i+i+) x czarny(EE i+i+) = czarny (EE i+i+)
Kury czekoladowe są heterozygotami IDi+
Kury czarne są homozygotami i+i+
Kury khaki są homozygotami IDID

E - Extended Black „rozciągnięty czarny”, czarny z zielonym połyskiem
ID – Dun „ciemnobrązowy rozwodniony czarnym”, niekompletnie dominujący.

Hans Ringnalda ma odmienny pogląd od Glena co do dziedziczenia genu czekoladowego. Zamiast czekoladka X czekoladka = 25% czarny + 50% czekoladka + 25% khaki (slesh) twierdzi, że jest to uproszczony podział i podaje swój schemat w postaci trójkąta, gdzie przy takim kojarzeniu jak powyżej z jednej strony trójkąta występuje czysto biały a z drugiej czysto czarny. Między tymi skrajnymi kolorami jest nieskończona ilość odcieni czekoladowych, w tym jasno, ciemno beżowe (khaki) a dalej jasno i ciemno brązowe (czekoladki). Patrz zamieszczony obok schemat.

 

Czekoladkami bawię się już kilka lat i na podstawie moich doświadczeń zastanawiam się czy przyznać słuszność raczej Hansowi.

Podane powyżej schematy dziedziczenia genu czekoladowego były dla mnie oczywiste a na dodatek potwierdzone w praktyce. Na początku 2007 roku wydarzyło się jednak coś co postawiło czekoladki w zupełnie nowym świetle. Przebywając w Japonii spotkałem Suthepa Chongulię, który pochwalił się, że w jego kraju występują ciemnobrązowe kury. Informację potwierdził Niemiec Kurt Michel.

- Tajlandzcy hodowcy mają czekoladowe chabo – napisał mi kiedyś w liście. – Byłoby to nie lada wydarzenie gdyby udało ci się sprowadzić je do Europy.

Kurt wiedział, że Suthep zaprosił polskiego hodowcę na wielką wystawę zwierząt organizowaną pod patronatem króla Tajlandii w Bangkoku grudniu 2007 roku. Jakaż była moja radość gdy zobaczyłem na niej ni mniej ni więcej tylko… czekoladki. Wystawiona została parka chabo, a pokazał ją Suthin Wong Yai. Obfotografowałem je w kilkudziesięciu ujęciach, tak jakbym się bał, że nigdy w życiu mogę już ich więcej nie zobaczyć. Miały figurę typowych przedstawicieli swojej rasy. Uderzyło mnie jednak to, że pióra szyjne były poskręcane i tworzyły swego rodzaju grzywkę.

Nie ukrywam, że bardzo zależało mi na tym, aby poznać osobiście Suthina. Gdzieś tam w zakamarkach serca tliło się też marzenie, czy nie udałoby się wycyganić od niego choćby kilku jajek. Szybko jednak zdałem sobie sprawę z niedorzeczności mojego pomysłu. Pan Wong jest jedynym w Tajlandii hodowcą czekoladowych chabo, co może oznaczać tylko jedno – strzeże swoich skarbów jak oka w głowie i nie dzieli się nimi ze swoimi rodakami, a co dopiero mówić o przybyszu z zewnątrz, na dodatek jakimś Polaku, którego widzi pierwszy raz w życiu. Po pobycie w Japonii miałem już pewne doświadczenia, jak postępować z azjatami, którzy są bardzo nieufni w stosunku do obcych. Najpierw trzeba zdobyć ich zaufanie i pokazać, jakie są intencje białego przybysza.

I tak Pan Suthin okazał mi spore miłosierdzie zapraszając, abym obejrzał jego kurniki, w których hoduje wyłącznie chabo. A naprawdę było co oglądać. Tajlandzkie karzełki wydały mi się bardziej „kolorowe” od europejskich lub japońskich. Bardzo ciekawy jest też tamtejszy wzorzec, który zamyka sylwetkę koguta w spadającej kropli wody, a także bardzo precyzyjnie określa poszczególne części ciała zilustrowane konkretnymi zdjęciowymi przykładami.

Bardzo byłem ciekawy, jaka jest historia powstania czekoladowego chabo. Ponieważ pan Wong ma zdolności plastyczne od ręki zilustrował mi fakt narodzin odręcznym rysunkiem. Jakieś dwadzieścia lat temu przypadkowo skrzyżował kurkę chabo z dzikim kogutem dżungli. Przypomnę, że obok wschodnich rubieży Indii, właśnie półwysep Indochiński z Birmą, Laosem ale także i Tajlandią jest uznawany za matecznik Kur Bankiwa. Z tego właśnie mezaliansu urodziły się pierwsze ciemno brązowe chabo. Suthin twierdzi, że jedynie w pierwszym okresie kojarzył czekoladowego mieszańca z innymi przedstawicielami tej rasy. Od dłuższego jednak czasu krzyżuje jednak wyłącznie brązowe kury z brązowymi kogutami. Nie wiem w jaki sposób jest to możliwe bez zimbredowania stada? Być może dwaj tłumacze (z tajskiego na angielski i z angielskiego na polski) coś nie doprecyzowali. I jeszcze jedna bardzo istotna informacja – przy kojarzeniu czekoladowe chabo x czekoladowe wychodzą wyłącznie czekoladowe osobniki, a więc mechanizm dziedziczenia jest odmienny niż w przypadku genu pozyskanego z kur araukana.

Nie sądzę, aby ten czekoladowy taniec kiedykolwiek się skończył. Cały czas dowiaduję się o coraz to nowych faktach i odkryciach. Poszerzam swoją wiedzę.  W najbliższym czasie czeka mnie kilka nowych taktów tego tańca – popularyzacja czubatek na polskich i zagranicznych wystawach.

Praca nad tworzeniem nowych odmian barwnych  czubatek polskich, a także nowych ras jest zajęciem bardzo trudnym ale i fascynującym. Czuję się jak pionier pokonujący kolejne wzniesienia i szczyty. Dzisiaj już nie można odkryć lądów. Można jednak zapisać się w historii „kurzych odkryć”. Dla mnie bardzo motywującym jest pozostawienie po sobie czegoś dobrego i trwałego, co wydaje mi się jak najbardziej normalne i zdrowe. Przy czym nie interesują mnie punkty, puchary i proporce, chociaż one też są bardzo miłe. Czasami za granicą trzeba zmierzyć się z wielkimi przeciwnikami mającymi podobne pragnienia. Taka rywalizacja jest czysta i szlachetna. Na dodatek konkuruje się z wybitnymi hodowcami. Występują w niej elementy podziwu ale i ludzkiej zazdrości. To dla mnie normalne. Oczywiście jest tutaj też dużo zabawy i uciechy, jaką powinna być każda hodowla ptaków. Ale jest to element jakby z innego wymiaru i nie o nim tutaj mowa.

Styczeń 2008 rok.

Dziękuje Markowi Łabajowi za pomoc w rozwikłaniu zagadnień genetycznych

 

 

 

Poprawiony: piątek, 10 stycznia 2014 16:30