środa, 23 października 2019

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

potęga kamienia
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 3615 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
piątek, 26 listopada 2010 19:16

Co po nas zostanie?

Pamięć – powiedzą jedni. Ale pamięć jest wtedy obecna,

gdy żyją nasi najbliżsi, którzy nas pamiętają. Potem, z biegiem lat, w pamięci naszych dzieci i wnuków, z którymi przebywaliśmy na co dzień, stopniowo ona blednie i odchodzi w zapomnienie.

Elementy codziennego użytku, elementy kultury materialnej – powiedzą inni. Portrety mogą spłonąć w pożarze. Piękne ogrody, które stworzyliśmy, zarosną chwastami, bo nasi synowie nie będą chcieli grzebać w ziemi. Tekturowe domy zrujnuje byle trzęsienie ziemi lub powódź.

Będziemy żyć w naszych wnukach i prawnukach – odkryją jeszcze inni. Nowy przywódca stadka lwic na „dzień dobry” zabija potomstwo swojego poprzednika, bo chce, aby tylko jego geny przetrwały. Nic więc dziwnego, że nasze kobiety, wiedzione odwiecznym instynktem, podświadomie wybierają na swoich partnerów mężczyzn, którzy wydają im się silni
i odpowiedzialni, a więc takich, którzy potrafią zapewnić byt im samym i ich dzieciom.

Miałem wielkie szczęście  przejrzeć się temu co zostało z jednej najwspanialszych cywilizacji w dziejach ludzkości - cywilizacji Inków. Dzięki czemu przetrwała o nich pamięć?

Inkowie nie znali pisma, więc nie ma i słowa pisanego, które by opowiedziało, kim tak naprawdę byli, jakie myśli zaprzątały im głowę?  Do dzisiaj, mimo wielu odkryć archeologicznych, niewiele o nich wiemy. Krew Indian przemieszała się z krwią hiszpańską.

Jest jednak coś, co jest symbolem potęgi i chwały zaginionej cywilizacji.

Jest to kamień.

Podczas podróży do Peru inkaski kamień był wszechobecny. Nawet gdy dzisiaj zamknę oczy, a przecież minęło już ładnych parę miesięcy, i staram się przywołać peruwiańskie obrazy, to zawsze w podświadomości pojawia się właśnie on, kamień – symbol wszechrzeczy. O kamień ocieraliśmy się na każdym kroku. W ruinach świątyń i twierdzach, domach i rytualnych łaźniach. Kamień służył do budowy andyjskich dróg. Potężny jak w twierdzach i mały jak ten na przełęczy…, w postaci niewielkich kopczyków.

Początkowo wydawał się nam szary, bury i bezbarwny. Jak to kamień. Jednak z upływem czasu, gdy rozumieliśmy coraz więcej, dostrzegaliśmy w nim nieskończenie wiele odcieni brązu, beżu i szarości. Odkryliśmy też, że szarość kamienia może być fascynująca i… kolorowa. Zaczął ożywać, nabierać zupełnie innego wymiaru – ludzkiego.

Samo Machu Picchu, o którym napiszę przy najbliższej okazji, to nic innego jak jeden wielki… kamień.
W litym granicie, blisko samego Boga Słońca, ludzki geniusz wyrzeźbił w kamieniu jedyne w swoim rodzaju miasto – nie miasto. Na jego terenie jest podobno wykutych trzy tysiące stopni. Często same skały posłużyły za ściany budynków. Kamienne budowle okazały się tak trwałe, że oparły się pięciuset letniemu atakowi dżungli z jej rozsadzającymi wszystko po drodze korzeniami. Nawet trzęsienia ziemi – przekleństwo tej części Ameryki Południowej – jedynie w niewielkim stopniu nadwyrężyły mury.

Wiadomo, w jaki sposób dzielono skały. W niewielkie wydrążone szpary wbijano suche kawałki drewna, które polane wodą pęczniały i rozsadzały potężne skały. Ale nadal nie wiadomo, w jaki sposób obrabiano kamień? Zapewne, po nadaniu blokowi skalnemu surowego kształtu, następowały setki, a może tysiące godzin ręcznego szlifowania. Być może wielkie głazy tarli dziesiątkami mniejszych. Jakim rodzajem kamienia je gładzili, by nadać bokom idealnie gładką powierzchnię – tak idealną, że obecnie nie można w szpary między nimi włożyć kartki papieru. Fascynuje na przykład idealnie ociosany kamień o dwunastu bokach użyty do budowy świątyni Hatunrumiyoc w Cuzco.

O czym wtedy marzyli?

Do dzisiaj nie wiadomo, w jaki sposób transportowano wielkie bloki skalne.

Największy z nich, użyty przy budowie twierdzy Saqsaywaman, waży 300 ton. Inne mają osiem metrów wysokości. Ile jest współczesnych dźwigów mogących podnieść taki ciężar? Który z nich nadawałby się do pracy w górzystym terenie? Żaden!

Jedno jest pewne.

Wiemy, jak niewiele wiemy.

Niewiarygodne, aby andyjskie ludy, a następnie ich spadkobiercy, czyli Inkowie, nieznający żelaznych narzędzi, zwierząt pociągowych ani koła, mogli coś takiego stworzyć. Nęci więc teoria o pomocy samego Boga Ojca, czyli Jego Wysokości Słońca, w przenoszeniu przy pomocy siły woli ogromnych kamiennych bloków. Wiara czyni cuda. Teoria o tym, że inkaskim budowniczym pomagali kosmici, ma swoich gorących zwolenników. Jeżeli rozum czegoś nie ogarnia, pojawia się metafizyka lub magia.

Początkowo Inkowie byli jednym z wielu plemion w dolinie rzeki Urubamba. Legenda mówi, że kiedyś wojowniczy lud Chanka zawładnął doliną i wypędził władcę Viracochę poza Cuzco. W mieście pozostał jednak jego syn, Yupanqui, który stawił czoło napastnikom. Z pomocą przyszły mu… kamienie, które wyrosły z ziemi, stały się jego wojownikami i wypędziły niedobrych Chanka. Od tej pory Yupanqui przybrał imię Pachacutec, co w języku keczua znaczy: „Ten, co przemienił ziemię”. Za jego panowania, dzięki drużynie kamieni, w ciągu trzech dziesięcioleci niewielkie plemię zawładnęło obszarem od dzisiejszej Boliwii po Ekwador. Gdyby ten obszar nałożyć na współczesną Europę, zajmowałby powierzchnię od Hiszpanii aż po Moskwę. Z kamieni tych Pachacutec zbudował szereg twierdz w Świętej Dolinie, między innymi Saqsaywaman, Ollantaytambo, a także najbardziej fascynującą, owianą mgiełką tajemnicy twierdzę–nie twierdzę, miasto–nie miasto, świątynię–nie świątynię…, czyli Machu Picchu. Od tej pory stało się tradycją, że kolejni Inkowie wznosili coraz to nowe kamienne budowle.

Andyjski kamień przemawia do nas jak żaden inny. Dzięki kamieniom Inkowie stali się potężni i wielcy. Tak jak złoto i srebro nie stanowiły atrybutów bogactwa, lecz pełniły funkcję rytualną, tak kamień symbolizował opokę, fundamenty, na których można dopiero budować wszystko inne, czyli coś niezniszczalnego i wiecznego. W każdym kamieniu obrabianym w pocie czoła przez inkaskich rzemieślników zostali zaklęci oni sami.

Wiele kamieni, zarówno tych w świątyniach jak i w pałacach, w czasach swojej „świetności” było pokrytych złotem. Na dziedzińcu cuzceńskiej świątyni, pośród trawnika pozostało kilkadziesiąt wystających z ziemi kamiennych fundamentów, na których stały kiedyś złote posągi. Zbyt wiele trudu kosztowałoby Hiszpanów wyrwanie ich z ziemi. Tych największych, jak choćby ten z twierdzy Saqsaywaman, nie udało się im w ogóle ruszyć z miejsca. Zresztą, po co mieli je wyrywać, nie były ze złota.

Na inkaskich fundamentach powstały chrześcijańskie kościoły, piękne wyroby ze złota i srebra zostały zamienione na sztabki bezpośrednio na miejscu albo w piecach Sewilli. Było ich tak du-żo, że z samej tylko głównej Świątyni Słońca (Koricancha) w Cuzco złoto przetapiano przez siedem dni i nocy. To złoto jest pewnie gdzieś w skarbcach banków lub monetach. Część kamieni zostało zużytych do budowy katolickich kościołów. Ale tylko część. Kamień jednak pozostał i po dziś dzień zaświadcza o potędze ludzkiego geniuszu.

Kamień jak to kamień – powie ktoś. Jest wiele budowli z kamienia na świecie, choćby egipskie piramidy, greckie klasztory, zwane Meteora, co znaczy: „W powietrzu” – zawieszone między niebem a ziemią, największy na świecie kambodżański zespół świątynny Angkor Wat czy sławiący potęgę miłości indyjski Tadż Mahal. W każdym przypadku motywem ich powstania była chęć pozostawienia po sobie dla potomności czegoś trwałego, najlepiej do końca świata lub jeszcze jeden dzień dłużej.

„Non omnis moriar” – nie wszystek umrę.

Jest jednak coś, co odróżnia indiańskie budowle od innych. Mam swoją na ten temat hipotezę. Inkowie budowali nie tylko po to, aby pokazać swoją potęgę, czyli pychę, jaką skażona jest każda władza; wszystkie konstrukcje są głęboko przemyślane, mistyczne i symboliczne. Nie są celem samym w sobie, lecz jedynie wielką metaforą. Wydaje się, że poprzez kamień nie tylko chcą powiedzieć, „jaki jestem wielki”, lecz „jakie to jest piękne” – urodziny, śmierć, przemijanie…

Życie… ech, życie jest piękne…

Czym dla współczesnego człowieka jest kamień?

Ja sam raczej nie mam szans na zbudowanie Machu Picchu, ale do swojego ogrodu nawiozłem już kilka ciężarówek mniejszych lub większych polnych kamieni. Też buduję swój kamienny świat. Ten największy, ułożony tuż przed domem, waży może dziesięć ton, a więc jest niczym w porównaniu z inkaskimi kamieniami. Chociaż tak „mały”, a jednak wielki.

Czy takim naszym Machu Picchu będzie ten kamień w ogrodzie?

Jeżeli przetrwa!

Nie zostanie wywieziony, bo moi następcy będą mieli inną koncepcję ogrodu? Nie przetoczy go lodowiec… Dzisiaj takiego zagrożenia nie ma, ale podobno co trzynaście tysięcy lat niemalże całą Europę pokrywa lodowiec, a mu dzisiaj mamy dwunaste tysiąclecie…?

Może za ileś tam lat nasze wnusie, prawnusie,  a może nawet prapra… wnusie popatrzą na niego i pomyślą o dziadku, który dawno, dawno temu, w marcu 2010 roku, zaczął pisanie o potędze kamienia od słów…

Co po nas zostanie…?

Poprawiony: piątek, 10 stycznia 2014 16:30